Dzień, w którym płomień miał zejść z nieba

Summer Dying Loud 2026

relacja cz. II (piątek)

FOTORELACJA: GOSIA / IG: @MALGORZATA_CHABOWSKA

Pierwszy dzień Summer Dying Loud 2026 stał pod znakiem death metalu, a drugi – black metalu. Wszyscy oczekiwaliśmy też intensywnej burzy, której błysk miał rozświetlić aleksandrowskie niebo, a deszcz wywołać przemoknięcie namiotów. Choć niektórzy boleśnie odczuli konsekwencje ulewy, pogorszenie pogody nie przyćmiło blackmetalowej uczty, która zdawała się trwać bez końca.

Przeczytaj część I relacji.

Pierwszy dzień Summer Dying Loud 2026 obfitował w death metal. Dla CotB-owego duetu w teorii powinno to być słodko-gorzkie kilkanaście godzin, bo tylko piszący te słowa jest fanem wyziewów z krypty. Wtem! Jeden z grających zespołów sprawił, że i autorka zdjęć – największa hejterka tego gatunku – wypowiedziała zdanie: „nawet fajny ten zespół!”. O jakiej kapeli mowa?

Zanim jednak to nastąpiło, niespodziewanie niezły koncert dał Neolith. Choć starsze albumy tego zespołu są odległe moim muzycznym zainteresowaniom, materiał z nadchodzącej Inbir na żywo to porządny death metal. Kolejnym pozytywnym zaskoczeniem byli Amerykanie z King Parrot. Te chłopy to żywe wulkany energii, dający klimat porządnej scenicznej chuliganki, z wokalistą wyrzygującym kolejne słowa z prędkością nie do ogarnięcia przez zdrowy ludzki mózg. Ależ by to siadło w małym klubie. Zaskoczyli również Vanishing Kids, niestety nie tak, jak powinni. Na sam koniec dnia grali dla bardzo nielicznej publiczności – bardzo krzywdzące było umieszczenie ich o tej porze na dużej scenie, przede wszystkim dla samego zespołu. Ciężko było oddzielić ten smutny widok od muzyki, zresztą różniącej się od ich ostatnich płytowych dokonań. Choć cover Mr. Crowley Ozzy’ego w gotyckim wydaniu to ciekawa sprawa.

Wolfpack Heading Nowhere

Skoro o gotyku już mowa… – Niektórzy mówią, że w naszym zespole jest za dużo Type O Negative – przemówił między utworami gitarzysta WHN, Szczepan Inglot – Chcielibyśmy to sprostować: nie istnieje coś takiego jak „za dużo Type O Negative”. Po czym brawurowo wykonali cover I Don’t Wanna Be Me. Była to bardzo miła kropka nad i wobec całego, świetnego koncertu – z jednej strony pełnego autoironii i dobrej zabawy, a z drugiej bardzo dobrze zaprezentowanych utworów z debiutanckiego Wolfpack Heading Nowhere. Na albumie momentami nie przekonywał mnie wokal, ale tutaj pod tym względem wszystko było w punkt. Dziewczyny i chłopaki – zakładajcie na siebie odpowiednie stroje i ruszajcie na ich najbliższe koncerty!

Blaze Bayley

Blaze nigdy nie był sceniczną bestią. Choć bardzo lubię oba albumy Iron Maiden z jego udziałem (tak, Virtual XI też), to koncertowy frontman zawsze był z niego kiepski. I choć jego solowego koncertu nie mogłem się doczekać, wiedziałem, że nie będzie to wybitna sztuka. I nie była. Po Bayleyu niestety widać zdrowotne problemy, choć wokalnie radził sobie nieźle. Przygrywający mu zespół może i nie potrafił odegrać tych numerów, ale za to całkowicie zniszczył ich mroczny klimat. Ale to nie szkodzi, bo tu liczyło się coś innego – szczerość. Kiedy Blaze mówił ze sceny, że żyje w swoim marzeniu i o tym, jak słyszał o sobie wiele różnych nieprzyjemnych słów, a mimo to się nie poddał – to ja mu w te słowa wierzę i cieszę się jego szczęściem. Oby mógł robić to, co robi, najdłużej jak to tylko możliwe. A niedociągnięcia my sobie dośpiewamy – albo w głowie, albo z gardła.

Black metal

Königreichssaal

Szokujące jest to, że zespół, który jeszcze nie tak dawno wydawał debiutancki album w zagranicznej wytwórni, która zepsuła jego promocję, wypełnił Kryptę po brzegi. Königreichssaal mimo krótkiego stażu przeszedł długą drogę i miło jest na nią patrzeć w czasie rzeczywistym. Nawet jeśli tylko przez chwilę – bo ukrop na małej scenie był nie do wytrzymania. Ten krótki fragment z początku pokazał, że pierwotnie stroniący od koncertowania zespół, wygląda i brzmi dobrze na scenie. Teraz pora na klubowy.

Ponte del Diavolo

Postanowiłem sobie zostawić zapoznawanie się z twórczością Włochów na koncert, dając okazję na zaskoczenie. Zachwytów wobec tego występu nie było końca, ale nie w moim przypadku. Imponująca była sceniczna ekspresja Erby del Diavolo – na wokalistkę patrzyło się z pewnym strachem i zakłopotaniem, bo jej pewność siebie wymieszana z nonszalancją była powalająca. Muzyka jednak była dla mnie przekombinowana, mimo mojej dużej sympatii do awangardy i nie rozumiałem nic z tego, co słyszałem. Błędem było pozostawienie sobie poznania Ponte del Diavolo na koncert, bo właśnie słuchając ich ostatniego albumu, czuję, że w innych okolicznościach powinno to do mnie trafić.

Sventevith

Kiedy w latach 90. zapłonął płomień na północnym niebie, Behemoth przepisywał prace domowe od swoich norweskich kolegów. Kiedy na początku nowego wieku coraz większą popularność zyskiwał death metal, Behemoth stał się zespołem otwarcie deathmetalowym. Kiedy black metal zaczął trafiać na duże sceny, Behemoth dorzucił do swojej muzyki właśnie te elementy. A kiedy gigantyczną popularnością zaczęły cieszyć się koncerty z okazji okrągłej rocznicy wydania pewnej ważnej płyty, Nergal zrobił i to, na własnych warunkach.

Tego człowieka można, a wręcz powinno się nie lubić za wiele różnych sytuacji i wypowiedzi. O tych rzeczach nie można zapominać, a stawianie go na dużych scenach, czy to Mystica, czy właśnie Summer Dying Loud, jest dość słabe. Mimo to, jeśli się go jednak na takiej scenie postawi, to potrafi zrobić rzeczy bardzo dobre. Należy do nich już sama decyzja wybrania Misþyrming jako zespołu odgrywającego Sventevith (Storming Near the Baltic) oraz And the Forests Dream Eternally Behemotha. Dźwięk był ostry jak grom i przejrzysty jak Bałtyk za czasów panowania pogan, a po samych Islandczykach widać było doskonałe wyczucie materiału. A Nergal – też się zaangażował, jak to on – za bardzo. Ciekawie było jednak usłyszeć te utwory wykonane po latach, kiedy zdążył nauczyć się śpiewać. 

Imha Tarikat

Wrzucenie Imha Tarikat do Krypty między dwa ważne blackmetalowe koncerty na dużej scenie było ryzykownym pomysłem. Na szczęście ludzi przybyło dużo i Niemcy mieli dla kogo zagrać świetny, bardzo rozedrgany emocjonalnie i głośny koncert. A co najważniejsze – ze stanowczym i prostym przekazem ze sceny dotyczącym pojęcia unity. Bo jeśli jesteś przeciwko niemu – nieważne, jaką muzykę wykonujesz – to zasługujesz na pogardę i, jak tutaj, propozycję konfrontacji po koncercie. Powiedzieć coś takiego jako wokalista blackmetalowego zespołu w stronę typa spod sceny rzucającego w stronę basisty z*ebane komentarze, to trzeba mieć kawał odwagi. I wspaniale, potrzebujemy więcej takich głosów w tym wypełnionym regresyjnymi poglądami środowisku. I ponownie, szkoda, że tak krótko miałem okazję ich oglądać, warto czekać na dwa listopadowe koncerty w naszym kraju.

Satyricon

Największa nazwa tegorocznej edycji swój koncert rozpoczynała w deszczu. Od samego początku ze wspaniałym brzmieniem, ale z mniej wspaniałą setlistą (na diabła, wystarczy już odgrywania tego Deep Calleth upon Deep…). Satyr z twarzy jakby młodszy niż dwa lata temu na Mysticu, w wyśmienitej formie wokalnej, bardzo dobrze czujący się w roli blackmetalowego frontmana. Było trochę hitów z Now, Diabolical, była Mother North, nie było nic z Rebel Extravaganza. Nie był to wielki koncert, ale wielka rzecz miała się jeszcze tego dnia wydarzyć.

Misþyrming

Niewiele brakowało, a bym na ten koncert nie dotarł. Na szczęście się udało. I to „na szczęście” ma ogromne znaczenie, bo Misþyrming już bez Nergala nie tyle zagrał najlepszy koncert dnia, ile trafił on do ścisłej czołówki blackmetalowych występów, które miałem w życiu okazję zobaczyć.

Pewnie część osób odbiła się od tłoku w środku Krypty, ale ci, który byli na właściwym koncercie Islandczyków, widzieli i słyszeli wielkie rzeczy. Ich muzyka jest wypełniona drżeniem – emocjami, które są trudne do opisania słowami, ale prostsze do zrozumienia podczas słuchania ich twórczości. A zarazem, co może być trudne do wyobrażenia, na żywo Misþyrming brzmi jeszcze doskonalej, jeszcze perfekcyjniej i jeszcze klarowniej, niż na albumach. Są w najlepszym momencie swojego istnienia, kiedy dojrzeli już jako muzycy, ale nadal jest w nich to, dzięki czemu chcą podpalić świat. I to wychodzi im wybitnie.

Następna okazja na zobaczenie ich u nas 15 października w Krakowie i 16 października w Poznaniu. Naprawdę, jeśli macie fizyczną możliwość pojawić się na którymś z tych koncertów, to to zróbcie. Naprawdę.

Następna część relacji pojawi się wkrótce.

GALERIA