Dzień, w którym Gosia pokochała death metal

Summer Dying Loud 2026

relacja cz. I (czwartek)

Pierwszy dzień Summer Dying Loud 2026 obfitował w death metal. Dla CotB-owego duetu w teorii powinno to być słodko-gorzkie kilkanaście godzin, bo tylko piszący te słowa jest fanem wyziewów z krypty. Wtem! Jeden z grających zespołów sprawił, że i autorka zdjęć – największa hejterka tego gatunku – wypowiedziała zdanie: „nawet fajny ten zespół!”. O jakiej kapeli mowa? O tym dowiecie się na końcu tego tekstu, jak to na clickbaitowy artykuł przystało. Mamy jednak nadzieję, że jego wcześniejsza zawartość będzie dla was równie intrygująca, co końcowa odpowiedź.

Ciśnienie

Sporo zespołów wykraczających poza ekstremalny metal zostało w poprzednich latach przez SDL-ową publiczność przyjętych chłodno (to znaczy: nieprzyjętych w ogóle, bo niewiele osób przyszło pod scenę). Z Ciśnieniem było inaczej, mimo że katowicki zespół w ogóle nie gra metalu, a tym bardziej ekstremalnego. Gra jednak ekstremalną muzykę – doprowadzony do ściany noise połączony z jazzem. A jeśli dołożymy do tego to, że było, BARDZO głośno, otrzymamy wynik pozytywnego odbioru koncertu. Można było się poczuć, jakby ogromne imadło zaciskało się na głowie (*mruga oczkiem*) biednego człowieka, który nie mógł się z niego uwolnić. Rzecz w tym, że bardzo mu się to podobało.

Idźcie na Ciśnienie, jeśli tylko będziecie mieli okazję. My niedługo będziemy mieli.

Sigh

Oczekiwania wobec występu Japończyków były bardzo duże. Zostały spełnione, mimo że nie był to występ doskonały. Choć kiepskie brzmienie z początku po kilku numerach uległo poprawie, dziwne, że taki zespół nie zabiera w trasę żywego klawiszowca, a jego partie puszcza z sampli. Zastanawiające jest też branie na scenę na cały koncert Billiona Kawashimy, którego bęben był niepodłączony do nagłośnienia (co akurat jest zrozumiałe). Jednak chłopak  momentami ewidentnie wyglądał na znudzonego 

Mimo to Sigh zagrał bardzo dobry koncert. Jeszcze dzień przed premierą płyty Goh-Ka usłyszeliśmy jej reprezentację (singlowy Unputenpu to kawał świetnego przeboju), cofnęliśmy się do poprzedniej Shiki (Satsui – Geshi no Ato), pokrzyczeliśmy trzy słowa tytułowego numeru z Hail Horror Hail i wróciliśmy do debiutanckiej Scorn Defeat. Nie obyło się też bez teatralnych elementów w drugiej części koncertu – była płonąca katana, paliły się też książki, a Dr. Mikannibal polała się dziwnym płynem z kielicha. Groteskowe, ale w pełni wpisujące się w to, co Mirai Kawashima robi od ponad trzydziestu pięciu lat – tworzy światy niedostępne dla „normalnych” ludzi.

Devil Master

Nie tylko Sigh grał koncert w wigilię premiery swojej płyty. Ich gość na europejskiej trasie, Devil Master, następnego dnia wydawał Bloody Dreams i według setlist.fm, Amerykanie wyklepali z niej kilka kawałków. Ciężko powiedzieć, jak dużo jest w nich autoironii, a ile śmiertelnej powagi. Być może jedno nie wyklucza tutaj drugiego – jeśli gra się girly-popowe hiciory na blackmetalowo-wampirycznej napince, to ciężko stwierdzić, co w tym zestawieniu miałoby być poważne. Nie ma to znaczenia – bardzo fajny koncert i świetna zabawa.

Lucifer

Sprawdzałem jakiś czas przed festiwalem koncertową setlistę Lucifer i bez zaskoczenia – nie znalazłem w niej ani jednego utworu z mojego ukochanego albumu Lucifer I. Ich styl po debiucie się zmienił i choć później też grali bardzo dobrą muzykę, nie jest ona tym, za co ich pokochałem. Koncert brzmiał świetnie, nieco ciężej niż kilka ostatnich płyt i mysticowy występ sprzed trzech lat. Nowy skład umie zagrać kawałki z płyt od II do V we własnym stylu, choć oczywiście czerpiącym z lat dawno minionych.

Nie mogłem uwierzyć własnym uszom, kiedy usłyszałem riff do Abracadabra, utworu otwierającego Lucifer I. Później sprawdziłem, że jeszcze w sierpniu włączyli ten numer do swojego seta, ale na koncercie o tym nie wiedziałem. Byłem wpiekłowzięty i nie mogłem liczyć na więcej. Zagrali kawałek z debiutu!

Wybaczcie, więcej obiektywnego spojrzenia nie będzie. Inni mówili, że Joanna wokalnie nie wyciągała górek, ale ja tego nie słyszałem. Zagrali kawałek z debiutu!

Triptykon

Jeśli ktoś po tak wielkim koncercie dalej nie rozumie wielkości Toma Warriora, najprawdopodobniej nie zmieni się to nigdy. I oczywiście, gusta są różne, a niczyje upodobania nie są lepsze innych, ale moim zdaniem ktoś taki traci coś ważnego. Postać Toma można (a wręcz należy) traktować ambiwalentnie, ale ten występ był żywym dowodem na to, że w tym człowieku siedzi coś bardzo mrocznego. To coś sprawia, że jest trudny do zniesienia, a jednocześnie pozwoliło mu stworzyć w życiu wybitną muzykę. W Aleksandrowie Łódzkim, wraz z towarzyszącymi mu muzykami, wykonał ją bardzo z serca.

Wielce oczekiwałem numerów z Monotheist Celtic Frost, i były. Nie umiałem ukryć wzruszenia na A Dying God Coming Into Human Flesh i gdzieś na tym etapie uświadomiłem sobie, jak bardzo ważny był dla mnie ten koncert. A przy Synagoga Satanae (15-minutowy moloch na koniec?!) nie było mnie już na tym świecie. Po tym wszystkim dalej dochodzę do siebie.

Cult of Fire

Po tym doświadczeniu też do siebie dochodzę. Podobało mi się? Nie podobało mi się? Występ oglądałem z przyjemnością, czy bardziej nie mogłem oderwać tego wzroku, jak od filmiku z wypadkiem samochodowym (creditsy za to porównanie wędrują do Rafała)? Jeszcze nie wiem. Ale po kolei.

Po pierwsze – zapach. Nie wiem, w jaki sposób na otwartej przestrzeni dali radę uzyskać tak intensywny aromat kadzideł. Po drugie – muzyka. Plastikowy, tandetny i potwornie nudny black metal. Po trzecie – …bas i klawisze puszczane z taśmy. No litości, tak się zwyczajnie nie robi, tym bardziej w tym gatunku. Mimo to (a może właśnie dlatego) wystałem tam całą godzinę, oglądając ten przedziwny spektakl z ogromnym zainteresowaniem.

A co do reszty: interpretację warstwy wizualnej oddaję Gosi. Podziwiajcie. 

DEATH METAL

Czyli to, o co w tym dniu chodziło najbardziej. Summer Dying Loud odbywa się w terminie Kill-Town Death Fest w Kopenhadze – prawdziwej uczty dla fanów death metalu. To wydarzenie pozwala ściągać SDL-owi minimum kilku pięknych grotołazów. 

Jednym z nich był Putridarium, który otworzył wrota krypty w sposób odpowiedni i godny. Massacre* brzmiało bardzo dobrze, a ten atut wzbogacił dodatkowo możliwość późniejszego wypowiedzenia zdania „widziałem Massacre na żywo”. Po ostatniej płycie w odległe mi rejony – nieodpowiednio rozrywkowo-festiwalowe – odjechał Baest. W odczarowaniu tej perspektywy nie pomógł Necro Sapiens wykonywany przez wokalistę ze środka moshpitu. A jacy fajni byli na dwóch pierwszych i trochę na trzecim albumie…

Stellar Blight

Stellar Blight* kochają Reinkaos Dissection bardziej niż ktokolwiek na świecie. Wyrazem tej miłości jest Eventide: Synod of the Dying Stars – album na tyle udany, że przekonał do siebie kogoś, kto za Reinkaos nie przepada. Koncertów nie zagrali na razie wiele, ale oby ten z Summer Dying Loud ruszył temat do przodu. Te hity domagają się wykonywania ich na żywo, a sam chciałbym posłuchać ich więcej, niż przez dwadzieścia minut, po których musiałem uciekać na dużą scenę. Trzeba zaznaczyć: udanych i emocjonalnych dwadzieścia minut.

Of Feather and Bone

Byłem przygotowany na to, co mogą stworzyć na żywo autorzy kolosa, jakim jest Sulfuric Disintegration, a mimo to zmiotło mnie – i większość znajdujących się w Krypcie osób – z planszy. Był to gig niewyobrażalnie głośny, ale zarazem doskonale oddający pełen dysonansów charakter muzyki Amerykanów. Niesamowite, że te zakręcone rzeczy robią w trójkę, a jeszcze bardziej, że koncertowo potrafią to doskonale odwzorować. Urwanie się w połowie i ucieczka na Triptykon była więc bardzo bolesna, ale jak mogliście przeczytać wyżej, rany dość szybko się zabliźniły.

Sněť

To dla tej nazwy musieliście przeczytać (albo chociaż przelecieć wzrokiem) cały tekst, bo to przy niej padło zdanie ze wstępu do tej relacji. Jeśli wcześniej nie znaliście tych czterech pięknych Czechów, niech to będzie najlepsza rekomendacja do sprawdzenia ich muzyki – to najbardziej deathmetalowy death metal z całego death metalu, który został zaakceptowany (czyli pokochany, jeśli zwyczajnie skłamiemy) przez najbardziej niedeathmetalową osobę na świecie.

Stało się tak, bo Sněť zagrali po prostu wyśmienity koncert. Choć nie potrafiłem rozpoznać utworów (poza Kun Kadaver z debiutu), można podejrzewać, że prezentowali świeżutki materiał, który ukazał się kilka dni po tym koncercie. I kiedy piszę te słowa, jeszcze nie posłuchałem całości, ale już wiem, że V bažinách vědomí jest to płyta pyszna i piękna, niczym smażony ser z frytkami podany w chłodny jesienny wieczór. 

Czy był to najlepszy koncertowo dzień Summer Dying Loud od minimum 2021 roku, czyli od kiedy jeżdżę na ten festiwal? Absolutnie tak.

* przy tych koncertach Gosia też powiedziała, że fajne. Jeśli dalej tak pójdzie, zostanie fanką Autopsy, Demilich albo Suffocation. Żeby tak się jednak stało, te kapele muszą najpierw zagrać na Summer Dying Loud 2027. Tak, to sugestie bookingowe na przyszły rok, panie Tomku.

Następna część relacji pojawi się wkrótce.

GALERIA