Pierwszy dzień Summer Dying Loud 2026 stał pod znakiem death metalu, a drugi – black metalu. Oczekiwaliśmy też intensywnej burzy, której błysk miał rozświetlić niebo, a deszcz wywołać przemoknięcie namiotów. Choć niektórzy odczuli konsekwencje ulewy, pogorszenie pogody nie przyćmiło blackmetalowej uczty, która zdawała się trwać bez końca.
Dzień, w którym nie metal był najważniejszy
Summer Dying Loud 2026
- 1 października, 2026
- Kacper Chojnowski
relacja cz. III (sobota)
Piękne na Summer Dying Loud jest to, że mimo ekstremalno-metalowego profilu, festiwal od zawsze proponuje wykonawców spoza tego świata. Podczas ostatniego dnia były nawet trzy takie godziny, podczas których metalu należało się wręcz doszukiwać! W ich trakcie przypadło nam obojgu zobaczyć najlepszy koncert tej edycji, o którym, zgodnie z zasadami prawidłowego clickbaitu, przeczytacie na samym końcu. Najpierw zaczniemy od wypełnienia bardzo metalowych obowiązków.
Przeczytaj część I ORAZ II relacji.
Pierwszy dzień Summer Dying Loud 2026 obfitował w death metal. Dla CotB-owego duetu w teorii powinno to być słodko-gorzkie kilkanaście godzin, bo tylko piszący te słowa jest fanem wyziewów z krypty. Wtem! Jeden z grających zespołów sprawił, że i autorka zdjęć – największa hejterka tego gatunku – wypowiedziała zdanie: „nawet fajny ten zespół!”. O jakiej kapeli mowa?
Aquilla
Na Summer Dying Loud 2026 było za mało heavy! Wstawać na 13:00, żeby zobaczyć jednego z dwóch (obok Blaze’a Bayley’a z piątku) wykonawców z tego gatunku?! Nieludzkie traktowanie kataniarzy…
A tak już do rzeczy – Aquilla na żywo wypada dokładnie tak, jak można by było się tego spodziewać. Jest to zespół z pomysłem, który swoją muzykę obudowuje w scifi-ową narrację, a na żywo idzie to jeszcze dalej, wykraczając poza jakiekolwiek granice zdrowego absurdu. Było długie intro, zsynchronizowane wbiegnięcie muzyków na scenę, piosenka o kosmicznych wilkołakach… i jakie to było fajne! Głupie to jak jasna cholera, ale obronić taką stylistykę przed niezbyt jeszcze liczną publicznością, to trzeba umieć.
Thy Worshiper
Ciężko jest mi usiąść do napisania tego akapitu – Thy Worshiper był dla mnie najbardziej wyczekiwanym koncertem dnia i traktowałem ten występ niezwykle osobiście. Bo krwią spłynie Chrystusa tron, bo wycięli drzewa ze świętych gajów, bo nie ma nic gorszego niż Moskala przyjaźń. Ważne są tam słowa, których dotychczas nie usłyszałem na żywo.
Chwilę przed koncertem zaczęło padać i to, jak później miałem okazję wymienić kilka słów z muzykami TW, wywołało problemy techniczne w trakcie występu. Niestety było to widać – przez źle ustawione odsłuchy zdarzały się pomyłki względem oryginalnego materiału. I jasne, to metal, tutaj nie musi być idealnie, ale jednak zepsuło mi to odbiór tego długo wyczekiwanego rytuału.
Były jednak momenty wielkie, jak w Czarny. To numer, w którym Eliza Ratusznik może pokazać, że zwyczajnie – biorę pełną odpowiedzialność za te słowa – jest najlepszą wokalistką w naszym kraju. Nie ma nikogo bardziej wszechstronnego, kto umie odnaleźć się w tak skomplikowanym materiale – jednocześnie nie dając się odsunąć w tło przez kilku groźnie pomalowanych (ale bardzo miłych!) chłopów. A pamiętacie koncert nieśmiałej Elizy z Narbo Dacal na otwarcie SDL-a cztery lata temu? Bo ja pamiętam, i widząc tak ogromny progres, zwyczajnie odczuwam… radość? Tak, może to dziwne, ale właśnie ją odczuwam.
Wybrzmiały dwa istotne hymny z Popiołu, czyli Gdzie noce są dłuższe od dni i Wśród cieni i mgieł, ale główny punkt stanowiły numery z ostatniego – fantastycznego – albumu Demony Wschodu. I chociaż wcześniej sobie trochę ponarzekałem, to był dobry koncert. Obyśmy się jeszcze spotkali.
Destruction
Nigdy w życiu nie byłem słuchaczem Destruction. Nie podobały mi się ich wpływowe początki, odbiłem się od dwóch ostatnich płyt, które słyszałem w okolicy premier, nie słuchałem dotychczas płyt ze środka dyskografii. Mimo to poszedłem i – niespodzianka! Generyczny thrash dla thrashmetalowców z czasem stał się fajniejszy. Złapałem się na ruszaniu nóżką, chwilę później kiwałem już głową, a jeszcze po chwili zacząłem żałować, że nie znam tekstów refrenów. No to pora na nadrabianie zaległości.
Nevermore
Tutaj przygotowałem się zawczasu. Jeszcze z trzy miesiące temu nie znałem ani sekundy muzyki Nevermore, ale gdy po raz pierwszy usłyszałem Dead Heart In a Dead World, przepadłem. Kiedy zaczęli od Narcosynthesis, a chwilę później dołożyli Inside Four Walls, to mnie już nie było. Jak to brzmiało! Jak można grać takie progresywne wygibasy, a mimo to stanowić idealną definicję metalu! Jakie to było wspaniałe!
The Heart Collector towarzyszyła prośba o zapalenie światełek dla Warrela Dane’a – zmarłego w 2017 roku oryginalnego wokalisty Nevermore. Przejąć taką posadę mógł tylko ktoś naprawdę wielki. I takim właśnie chłopem jest Berzan Önen – nie tylko wyglądającym tak, jak widzicie na zdjęciach, ale pełnym wrażliwości i subtelności Frontmanem przez wielkie F. Jak można być aż tak doskonałym wokalistą!
Choć ludzi pod koniec tego koncertu było już niewielu (publika Summer Dying Loud gustuje raczej w cięższych odmianach metalu), to był to kapitalny i godny headlinerski koncert. Jeśli tak mają wyglądać powroty zespołów po latach, w nowych składach, to niech wracają wszyscy. Oczywiście świat tak nie wygląda, ale Nevermore powróciło z szacunkiem dla przeszłości i z energią współczesności. Teraz tylko pozostało czekać na premierowy materiał.
Metal reprezentował także Frontside. Tutaj nowy wokalista nie zmienił wiele i dalej jest to zespół znajdujący się poza moimi zainteresowaniami. Tam także powinien znajdować się cały funeral doom, a jednak toczące się riffy Ahab na zamknięcie dnia okazały się przyjemnie kojące.
Niemetal
Pure Bedlam
Ten zespół Wojtka Kałuży, który lubię najmniej – to zdanie o pierwszej płycie Pure Bedlam utkwiło mi w głowie i nie wyszło z niej przez kilka następnych lat. Tegoroczna Jubilance może nie zmieniła mojego podejścia w pełni, ale zdecydowanie wpłynęła na postrzeganie Pure Bedlam – to ich najlepszy materiał. Na żywo również wypada bardzo dobrze. Fajnie zobaczyć po raz kolejny najbardziej zapracowanego wokalistę w kraju, który dla odmiany nie krzyczy, tylko głównie śpiewa, a jedynie czasem krzyknie. Najbliższa okazja na powtórkę podczas toruńskiego Post Mortem.
Drowned in Silver
Ktoś może przyjść i powiedzieć, że w materiałach zapowiadających Summer Dying Loud 2026 wrzuciliśmy Drowned in Silver do worka z black metalem. Z jednej strony było to dla tego zespołu krzywdzące, ale z drugiej przypadkowo pokazaliśmy, jak bardzo ten worek może być pojemny. Bo choć ciężkie, metalowe fragmenty w muzyce tej grupy wybrzmiewają wyraźnie, to nie są one dominujące.
Na żywo Drowned in Silver bardzo dużo zyskuje względem swojego studyjnego debiutu Mothers. Trudna w odbiorze muzyka w połączeniu z elementami widocznymi na scenie – ptakami, kapeluszem, wielkim gongiem i gigantycznym saksofonem – nadaje klimat pomocny w interpretacji. Dalej w głowie mi jeszcze nie kliknęło (jak miało to miejsce w pewnym momencie kontaktu z zespołem dwójki muzyków DiS – BaarRa), ale czuję, że ten koncert mocno mnie do tego przybliżył.
Nie wszyscy poszukujący niemetalowych dźwięków byli jednak na tyle angażujący. Nietrafionym bookingiem była Hekla – ambient w takiej formie naprawdę brzmiał jak rozciągnięte do przesady, niekończące się intro. Nie podobało mi się też Jesu, ale sądząc po powszechnie pozytywnym przyjęciu, to bardzo indywidualna opinia. Zrozumienie, o co chodzi w Godflesh, musiało zająć mi trochę czasu, więc i na tym zespole Justina Broadricka pewnie przyjdzie mi się jeszcze poznać.
Dool
Przyjeżdżają do nas w ostatnich latach bardzo często, a frekwencja na ich koncertach nie była powalająca. Tym zaskakujące, że Holendrzy dostali aż tak dobrą godzinę na dużej scenie. W żadnym stopniu zaskoczenia nie było, jeśli chodzi o jakość ich występu. Chyba najlepszego ze wszystkich trzech, które miałem okazję obejrzeć.
Przeczytaj też: Kontrast i melancholia – DOOL, Taraban w Warszawie
Setlistę obejmującą tak fantastyczne numery, jak Venus in Flames, The Shape of Fluidity czy Wolf Moon uzupełniła nowa piosenka. Spokojny wstęp, esencjonalny dla Dool środek i ponownie spokój w zakończeniu – niby wszystko to już znamy, ale i tak atmosfera przed kolejnymi nowymi numerami została podgrzana. Raven ze sceny zapowiedziałx, że nowa płyta ukaże się w kwietniu. *przebiera nóżkami*
Przeczytaj też: Esencja wędrówki. Wywiad z DOOL
Rope Sect
Żeby urwać się z Dool, to trzeba mieć naprawdę ważny powód. Był nim koncert Rope Sect, którzy wrócili do naszego kraju po bardzo dobrym zeszłorocznym gigu w Toruniu. Tutaj było bardzo podobnie, ale lepiej pod każdym względem. Fenomenalne brzmienie, które co ciekawe podkreśliło ostrzejsze, momentami wręcz black metalowe fragmenty. Przepięknie położony był wokal – ciepły i miły, tak bardzo kontrastujący ze wszystkim wokół. No i numery – nie ma drugiego takiego zespołu, który tak świetne przeboje, ubiera w możliwie najbardziej nieprzebojowy strój. Coś ktoś gdzieś mówił o nowej płycie, ale to nie do mnie. *przebiera nóżkami*
Årabrot
Årabrot zagrał dobry koncert na Mystic Festival cztery lata temu. Dwójka ubranych na biało muzyków stała wtedy na scenie, grała utwory, a ludzie stali pod tą sceną i słuchali tych utworów. Fajnie, miło, przyjemnie, zagrali The Rule of Silence, na który czekałem. I ostatnią rzeczą, jakiej mogłem się spodziewać, było to, że ten sam zespół cztery lata później zagra koncert, który wysadzi mnie, i sporą część publiki, z butów.
W zeszłym roku wydali Rite of Dionysus – płytę słabszą i mniej przebojową od dwóch poprzednich. I tak też właśnie zaczęli, spokojnie, klimatycznie, budując napięcie. Kiedy jednak ruszyli z najbrudniejszym rock and rollem na świecie, to można było już tylko zbierać pozostałości kapeluszy podłogi, które pospadały w wyniku tańca. Wspaniale oglądało się Kjetila i Karin – zdawać by się mogło ludzi z różnymi temperamentami, ale na scenie mających swój własny, wspólny język. Energia, jaka płynęła od tej dwójki, była tak ogromna, że aż ciężko było w to uwierzyć. Wspólne krzyczenie we want blood! było bardzo wyzwalającym doświadczeniem, a słuchanie historii o chorobie Kjetila opowiadanej przez Karin – motywującym.
Najlepszy koncert tej wspaniałej edycji.
Dziękujemy pan Summer Dying Loud, do zobaczenia w dniach 2-4 września 2027.
















































