Nie gaście świec! THE NIGHT ETERNAL – COLD VELVET
- 15 września, 2026
- Kacper Chojnowski
The Night Eternal to jeden z przedstawicieli współczesnego heavy metalu, który kontynuuje ścieżkę obraną wcześniej przez innych. Na Cold Velvet, swoim trzecim albumie, idą nią dalej, ale coraz pewniej stawiają swoje kroki. Nawet jeśli ich muzyka daleka jest od oryginalności, inspiracje nie odbierają im własnego głosu. Głosu z ciemności oczywiście.
Niemiecka kapela od początku swojej działalności składa hołd nieistniejącemu od ponad dekady szwedzkiemu In Solitude. Muzyczne podobieństwo między obiema grupami jest zauważalne już na pierwszy rzut ucha, co dla wielu staje się zarzutem, kierowanym do TNE bardzo dobitnie. Jakby wszyscy wokół zapomnieli o tym, że działamy w ramach muzyki metalowej, która już bardzo dawno użyła wszystkich możliwych środków wyrazu. Współcześnie można jedynie lepiej lub gorzej je powielać (w negatywnym przypadku) lub reinterpretować (w pozytywnym przypadku).
Na tym opiera się cały współczesny heavy metal, ale The Night Eternal ma przerąbane z innego powodu niż reszta. Bo nie patrzą w kierunku klasyków z lat 80., a grają w stylu jednego, niezwykle oryginalnego zespołu. Zamiast rycerzy zabijających smoki i naoliwionych barbarzyńców mamy okultyzm, gotyk i chłód – tematy kojarzone raczej z innymi gatunkami muzycznymi. Kapela z łatką 80’s worship jest super, ale już kopia In Solitude to zarzut. Niesłuszny, co mam nadzieję, udowodnię w tej recenzji.
Nienachalne hity
Cold Velvet to trzecia płyta Niemców, wydana już w momencie, kiedy zespół zaistniał w świadomości większości zainteresowanych współczesną sceną osób. Bardzo cenię drugi album, Fatale z 2023 roku, który przyniósł kilka świetnych przebojów. Słychać tam świetne kompozycje, z których wybijają się doskonałe refreny. Nie cała płyta trzyma jednak równy, bardzo wysoki poziom, ale pokazuje, że potencjał drzemie w nich ogromny. A teraz, po trzech latach, dostaliśmy tego potwierdzenie.
Pierwszy odsłuch Cold Velvet był dla mnie jednak bardzo rozczarowujący. Oczekiwałem przebojów na miarę Prince Of Darkness czy Stars Guide My Way, które powalą mnie na kolana, a w pierwszej chwili ich nie usłyszałem. Nie było bombastyczności w stylu Ghost, której podświadomie oczekiwałem. Mimo to po spędzeniu z trójką The Night Eternal sporej liczby godzin jestem tym krążkiem zachwycony.
Przeczytaj też: Wojownik powrócił! ETERNAL CHAMPION – FRIEND OF WAR
Nie ma w niej nierówności, żadna piosenka nie odstaje, a każdy utwór mógłby być oddzielnym singlem. Choć z początku Cold Velvet może wydawać się nieco ascetyczna w wyrazie, z czasem odkrywa swoją przebojowość. Dostajemy hit za hitem, choć w pierwszym momencie miałem trudności z zapamiętaniem pojedynczych fragmentów płyty. Inaczej już było podczas kolejnych odsłuchów – następujące po sobie fragmenty składają się na świetnie napisane piosenki. I mimo że odbieram ten album jako jednolitą całość, każdy z utworów również działa słuchany pojedynczo.
Na parkiet, dzieci nocy!
Do samych kompozycji można mieć jednak drobny zarzut – bardzo dużo w nich powtórzeń. Refreny w takich Eurydice (Don’t Look Back) czy w The Veins of Time, są wręcz śpiewane w kółko. I choć można potraktować to jako wadę, nie jest to dla mnie problemem, z dwóch powodów. Po pierwsze, są to refreny mogące porywać tłumy. Śpiewa się je wyśmienicie i na żywo po prostu muszą działać. A po drugie, bardzo lubię album Virtual XI Iron Maiden. I tam również zapętlone refreny nie są dla mnie wadą…
Dzieje się też tak przez to, że jest tu mnóstwo postpunka – są melodyjne gitary, za którymi podąża zdrowa dawka pogłosu, jest też prosta i chwytliwa perkusja. O tym też należy wspomnieć – chociaż riffy są tutaj zdecydowanie metalowe, Cold Velvet może dotrzeć do nowych, niemetalowych odbiorców. Produkcja jest tu znacznie spokojniejsza niż na dwóch wcześniejszych płytach. Pomaga w uwypukleniu zimnego i gotyckiego nastroju, jednocześnie nie chowając całkowicie metalowego trzonu.
Dobrze jest w czasie rzeczywistym obserwować rozwój The Night Eternal, którzy z albumu na album stają się zespołem coraz bardziej pewnym swego. Nie odkrywają niczego nowego, a rozwijają pierwotnie obrany kierunek, tworząc pierwsze w swojej dyskografii w pełni świadome dzieło. Czas pokaże, co dalej.
