Wojownik powrócił! ETERNAL CHAMPION – FRIEND OF WAR
- 2 maja, 2026
- Kacper Chojnowski
Sześć lat. Tyle czekaliśmy na premierową muzykę od Eternal Champion – amerykańskich piewców klasycznego heavy metalu. Przez ten czas stały się u nich rzeczy, które w pełni tłumaczą tę przerwę. Choć Friend of War to na razie tylko EP-ka, jest ona zapowiedzią pełnej płyty. To także materiał, który wyraźnie różni się od dotychczasowych nagrań zespołu.
Generalnie cały ten heavy metal, mimo naszej pełnej miłości i oddania, to raczej głupia sprawa. Dorosłe chłopy śpiewają o rycerzach, wojownikach, jakiejś magii, grają muzykę sprzed czterdziestu lat, a jednocześnie są przy tym śmiertelnie poważni. Dla osoby spoza klimatu spojrzenie z dystansu na powstałą kilka lat temu falę retrospektywnych zespołów skończy się zakłopotaniem lub współczującym, choć serdecznym uśmiechem. Jednocześnie ci, którzy ten klimat czują, przy pełnej świadomości śmieszności, jaką wzbudza ten nurt, będą mogli i chcą za niego zginąć. I ja do tych osób należę.
„Nie ufaj nikomu na tym świecie: mężczyźnie, kobiecie, bestii…”
Eternal Champion w ostatnich kilku latach stał się dla mnie bardzo ważnym zespołem. To muzyka, która daje mi siłę, kiedy się boję. Kiedy coś na świecie mnie przerasta i czuję się mały w obliczu pewnego wyzwania, zdarza mi się odpalić którąś z dwóch ich płyt. Niezależnie, czy wybiorę The Armor of Ire z 2016, czy Ravening Iron z 2020 roku, nabieram sił. A każda przeszkoda na drodze, nieważne czy byłby to ważny telefon do wykonania, czy stresująca wycieczka do lekarza, staje się mniejsza. Czuję się wtedy wojownikiem, który jest jakiś metr wyższy niż w rzeczywistości, niesie wielki miecz w dłoni i będzie ścinał wrogom głowy. Pewnie myślicie, że żartuję albo ubieram wszystko w jakąś metaforę, ale nie. Jestem tutaj bardzo poważny i dosłowny.
Kiedy po wielu takich walkach przyszło mi po raz pierwszy w życiu obejrzeć Conana Barbarzyńcę (tak, współczesna młodzież naprawdę poznaje takie rzeczy przez współczesnych twórców), ani trochę mnie ten film nie bawił. To znaczy… trochę bawił, ale dokładnie na tej samej zasadzie, co muzyka Eternal Champion czy album Crystal Logic Manilla Road. Przekaz tam jest prosty – kierowany złością wielki wojownik chce dokonać zemsty. I mnie ten Schwarzenegger, którego aktorstwo jest… jakie jest, autentycznie wzrusza. Na początku filmu ojciec tłumaczy małemu Conanowi, na czym polega prawo stali, i wszystko jest jasne. A siła, która wylewa się z ekranu, kiedy oglądamy jego późniejszą walkę z przeciwnościami losu, jest ogromna.
„Nigdy nie opuszczę miecza”
Sam Eternal Champion również musiał przeżyć ciężkie chwile. W 2024 roku w wieku zaledwie 36 lat zmarł basista zespołu, Brad Raub. Choć musiał być to wielki szok dla wszystkich osób związanych z grupą, nie odwołali oni koncertów w Europie. Wojownik zrobił to, co wojownik zrobić powinien – stoczyć walkę z trudnościami. Wtedy też miałem okazję zobaczyć ich na żywo. W pewnym momencie, gdy śpiewałem (czytaj: próbowałem śpiewać) pod sceną jeden z utworów, wokalista Jason Tarpey spojrzał na mnie i wskazał mnie palcem. Pamiętam ten moment doskonale i przypływ sił, jaki poczułem, świadczy tylko o tym, jaka moc kryje się w tej muzyce.
W tym kontekście raczej nie muszę tłumaczyć, jak bardzo czekałem na nowego Wiecznego Wojownika. Wydana bez wcześniejszej zapowiedzi EP-ka Friend of War to tylko dwa, ale za to kilkunastominutowe utwory. Otrzymaliśmy więc z zaskoczenia ponad półgodzinny materiał, będący połączeniem klasycznego Eternal Champion z nieznanym wcześniej eksperymentem.
„Moja klątwa trwać będzie wiecznie”
Pierwszy z utworów to tytułowy Friend of War. Pełne 13 minut podniosłych melodeklamacji, potężnych riffów i solówek oraz hymniczny refren. Kiedy po akustycznym i pełnym mistycyzmu wstępie w drugiej minucie pojawia się płacząca gitara, słuchaczowi pozostaje wziąć głęboki wdech, unieść głowę i przygotować się na to, co doskonale znane. Utwór jest jednak trochę inny niż wcześniejsze dokonania Amerykanów – brzmienie jest mniej bezpośrednie, bardziej rozmyte. Podobnie jest z solem akustycznej gitary wplecionym w klasycznie elektryczny fragment, które przypomina flamenco. Przy pierwszej konfrontacji wszystko to może być nieco zaskakujące, ale następne minuty EP-ki rozjaśniają sprawę.
Drugim na płycie jest 18-minutowy Yslsl, który nie ma nic wspólnego z metalem. To instrumentalny utwór ambientowy, w którym mimo spokojnego charakteru, dzieje się sporo. Szczególnie należy zwrócić uwagę na drugą połowę, kiedy zmienia się nastrój. Okładka przedstawiająca Kane’a (bohatera prozy Karla Edwarda Wagnera) w chmurach idealnie oddaje to, co się tutaj dzieje – przenosimy się do krainy pełnej błogiej magii, ale też takiej, w której gdzieś niedaleko czai się ogromne zło.
„W blasku mojej stali widzę twarz Boga”
Friend of War należy raczej traktować jako eksperyment, z pewnością udany i spójny, choć nie będący najważniejszym dokonaniem Eternal Champion. W dużej mierze patrzę też na tę EP-kę jako na hołd złożony ku pamięci Brada Rauba i w tym kontekście ten materiał wypada pięknie. To płyta utrzymana bardziej w klimacie baśni niż w klasycznym fantasy, co buduje inne skojarzenia w zestawieniu z obiema wcześniejszymi płytami zespołu. Zobaczymy, co wykuli na pełny album, który według zapowiedzi ma ukazać się jeszcze w tym roku.
