Wypełnić ciszę. MASTODON – MARROW DEEP

Mastodon to jeden z moich zespołów życia. Pojawił się w momencie, kiedy rock progresywny przestał być dla mnie wystarczający, a Crack the Skye dość szybko została jedną z tych płyt. Nie byłem przez to w stanie najnowszego dzieła Amerykanów, Marrow Deep, potraktować zwyczajnie. Przeleciałem ich dyskografię od początku do końca, a później od końca do początku, żeby zrozumieć, skąd wzięło się to, że od premiery nie ma dla mnie dnia, w którym bym tego albumu nie odtworzył. I zrozumiałem.

Mastodon – Marrow Deep (Loma Vista Recordings, 2026)

Kontekst jest wszystkim

Nie da się patrzeć na Marrow Deep bez pominięcia tego, co wydarzyło się w Mastodon w ciągu kilkunastu ostatnich miesięcy. Nie sposób też tej płyty bez tego słuchać. Bo nie można nie usłyszeć momentów, kiedy pojawiają się partie wokalne, które powinien zaśpiewać Brent. Weźmy fragment Barbarians Blood od 2:50. Albo Snakes for Dinner zaczynający się od 1:01. Albo samą końcówkę tego numeru. Albo They’re Comming for You od 3:53. Albo każdy inny utwór. Ja nie umiem tego nie słyszeć.

Choć są to świetne momenty, Troy robi tu wszystko po swojemu i jak najbardziej odpowiednio, to odczuwam… pustkę. Marrow Deep to genialna płyta, być może jedna z najlepszych w historii Mastodon, ale nie zgadzam się na to, co i jak się stało. Tak nie powinno być, ludzie nie powinni tak odchodzić – nie mogąc zakończyć wszystkiego tak, jak na to zasłużyli, to jest niesprawiedliwe. Być może to dobry moment, żeby przypomnieć sobie, że warto doceniać to, co mamy, bo w absolutnie każdej chwili możemy to stracić. Może właśnie po to powstała Marrow Deep.

Mastodon na Mystic Festival 2026; fot.: Gosia / IG @malgorzata_chabowska]

***

Choć wokół zespołu narosło trochę kontrowersji, album został przyjęty bardzo dobrze. Mam teorię, dlaczego tak się stało. W moim odczuciu Marrow Deep to pierwsza w historii Mastodon płyta, którą można określić mianem częściowo retrospektywnej. Ich dotychczasową dyskografię można podzielić dwa etapy. W pierwszym, z albumu na album stawali się coraz bardziej progresywni, aż dobrnęli do ściany na wybitnym Crack the Skye. Dalej byłyby już tylko połacie okryte drażniącym swetrem, więc rozpoczęli drugi etap – pisania świetnych piosenek przy jednoczesnym zachowaniu skomplikowanego charakteru ich muzyki. Trwał on od The Hunter do Hushed and Grim i objął cztery płyty, które przyniosły zespołowi dużą popularność. Pokażcie mi jednak człowieka, który postawiłby te albumy wyżej, niż te z pierwszego etapu. Tak, wiem, że to czytasz fanatyku The Hunter, ale… no rozumiecie.

Marrow Deep żeni oba te światy w jeden i jednocześnie rozpoczyna trzeci etap, nie tylko przez zmiany w składzie i towarzyszące mu okoliczności. To najcięższa brzmieniowo płyta Mastodon od dawna, być może nawet od Blood Mountain. Zarazem stoi utworami, których można słuchać osobno, a i tak wybrzmią odpowiednio. W The Vanishing słychać zarówno Diamond in the Witch House z Once More…, jak i Hearts Alive z Leviathan. Moth and Bone to Pendulous Skin z Blood Mountain, które zostało napisane na Hushed and Grim. I tutaj możemy się oczywiście sprzeczać, czy tak było też na wcześniejszych albumach. Może trochę tak, ale moim zdaniem nigdy na taką skalę.

I żeby to odpowiednio wybrzmiało – Mastodon nie kopiuje tutaj przeszłości, jest bardzo daleki od odcinania kuponów, nie dokonuje autoplagiatów. Wyżej wskazanych nawiązań nie słychać od razu, sam musiałem przeklikać wszystkie te piosenki, żeby wytłumaczyć na przykładach, o co mi chodzi. Mam na myśli to, że Marrow Deep korzysta z dotychczasowego dorobku bardziej przekrojowo. Jest zebraniem dwóch i pół dekady (w najmniejszym stopniu samych początków) w jedno, ponadgodzinne emocjonalne dzieło.

Bez ozdobników

To album, który zaczyna się i kończy w sposób bardzo bezpośredni. Nie ma intra i outra, przez co sprawia wrażenie, jakby zespół po prostu podłączył się do wzmacniaczy i zaczął grać piosenki. Wydaje mi się to bardzo szczere, bo pokazują, że nie chcą grać na emocjach fana. To, że tam w środku coś drży w inny sposób niż wcześniej, słychać w wokalach Dailora. Kiedy obecnie słyszę śpiewaną przez niego frazę „I can’t feel you watching me” z Poisonous Weapons… coś mi się w środku łamie. A refren Snakes for Dinner powoduje smutek wymieszany z niepokojem. Tylko że tak nie było od razu, tego musiałem w tej płycie poszukać.

Niektóre utwory są nabite pomysłami (co tam się wyprawia w drugiej połowie Barbarians Blood?!), niektóre płyną w klasyczny piosenkowy sposób (Out Like a Lamb). Idealnie się to wszystko uzupełnia i tworzy różnorodny, ale spójny album. Muzycznie jest tu dużo do znalezienia, bo na Marrow Deep Mastodon tworzy połamane struktury, za które odpowiada oczywiście najlepszy perkusista na świecie. Słuchanie tych szalonych przejść, to jak zwykle przyjemność.

I tylko echo

Nie wiem, czy też to usłyszeliście, ale prawie wszystkie utwory (poza Golden Spires i The Vanishing) kończą się gwałtownie. W końcówkach, już kiedy wybrzmiewa cisza, pozostaje krótki pogłos. Nawet spokojnie zakończony Snakes for Dinner ma na końcu wyraźne odcięcie. Nie wiem, czy był to zamierzony efekt ze strony zespołu, ale czuję, że nie. Że wyszło to samo z siebie, przypadkiem. Coś to dla mnie znaczy, w jakiś sposób rezonuje, ale jeszcze nie rozumiem, o co chodzi i dlaczego tak się dzieje. Być może to dlatego, że Marrow Deep to muzyka, której celem jest wypełnienie nicości. Jakby nie było półśrodków z pogodzeniem się z niezamknięciem pewnych rzeczy. Jakby ciszę można było wypełnić tylko hałasem.

Nie jestem pewien, czy to o to chodzi. Kiedyś się dowiem, ale nie wiem, czy wam powiem. 

Wielka płyta.