Red Smoke Festival 2026 w 13 słowach
- 21 lipca, 2026
- Kacper Chojnowski
FOTORELACJA: GOSIA / IG: @MALGORZATA_CHABOWSKA
Każdy uczestnik Red Smoke Festival ma swoją własną drogę i swoje własne słowa, którymi opisuje ten lipcowy weekend. Część z nich może się łączyć z atmosferą, część z koncertami, a część z własnymi przeżyciami, które w tej grupie mogą wydawać się wspólne. My tych słów znaleźliśmy trzynaście, a niżej znajdziecie ich rozwinięcie. Nieszczęścia nie są planowane.
Playlista z utworami odpowiadającymi każdemu ze słów w kolejności:
1. Spokój
Extraterrestial Dreamsucker – Crimson Sky
Jeśli byliście kiedykolwiek pod namiotem, gdzieś w lesie albo nad jeziorkiem, to rozumiecie, jak to jest być na Red Smoke’u. Bo tutaj są i namioty, i las, i jeziorko. Wstawać dziś, czy nie? – to pytanie zapewne zadaje sobie rano wielu uczestników, bo tutaj nic nie trzeba. Jeśli jest jednak decyzja wstawać, można pójść do aquaparku, który znajduje się jakieś siedem sekund od wejścia na pole i trzy sekundy od wejścia na teren koncertów. Wtedy na przykład, siedząc w jacuzzi, można popatrzeć na znajdujący się po drugiej stronie płotu pustostan i pomyśleć, jak zaaranżować go pod kolejną festiwalową scenę, żeby móc oglądać koncerty z basenu…
A same występy zaczynają się wcześnie, bo już w południe, na małej scenie. Kiedyś była ona po drodze z namiotu, ale teraz trzeba na nią specjalnie pójść! Kto by pomyślał… Natomiast w tym roku zadaszona pod namiotem, co okazało się zdecydowanym plusem. Zagrał tam Extraterrestial Dreamsucker, który mimo złożonej nazwy, zaprezentował muzyczkę przyjemną, wyciszającą i relaksującą. Bardzo ładne wprowadzenie w jeden z dni. Który? Chyba w sobotę, ale bez zaglądania w rozpiskę ciężko to sobie przypomnieć. Nie ma to jednak żadnego znaczenia, bo w świecie Red Smoke’a nie ma ani zobowiązań, ani pośpiechu.
2. Ludzie
Red Scalp – Faces
I w tym właśnie świecie są festiwalowicze. Do Pleszewa, na pierwszy polski stonerowy festiwal, od lat przyjeżdża niecały tysiąc osób z całego kraju. Te osoby są serdeczne i miłe – stają się twoimi ziomeczkami, nawet jeśli nie zamieniłeś z nimi wcześniej ani jednego słowa. Być może nie zamienisz go do końca festiwalu, ale masz poczucie, że jesteś wśród swoich. I nie chodzi tu o przynależność do jakiejś grupy społecznej – bo są tutaj wszyscy – ani subkultury muzycznej – bo są tutaj wszyscy. Kiedyś usłyszałem, że Red Smoke to takie inne juwenalia. Czy to zarzut, czy może zaleta, to już uznajcie sami.
3. Czarodziej
Margarita Witch Cult – Witches Candle
Na jedną z tych osób trzeba zwrócić szczególną uwagę. Od lat na festiwalu pojawia się – bo nie można tego inaczej określić – potężny mag. Jego stroje zmieniają się, być może wymienia także swoją magiczną laskę, ale nigdy nie był widziany w innym miejscu. Istnieją światy oraz miejsca, które nie mieszczą się w człowieczym rozumieniu otaczającej nas rzeczywistości – co do tego wszyscy, którzy go widzieli, nie mają wątpliwości.
A tak całkiem serio: kiedy widzisz tego gościa, to ci się mordka od razu cieszy. Strasznie śmieszne jest to, jak ten jego suchy patyk z czasem zyskuje coraz nowsze ozdoby, a na końcu jest już pstrokatym świecidełkiem ze wstążek i puszek po piwie. Mordko – rób to dalej, bo nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo cię wszyscy tam potrzebujemy. Tylko bardziej uważaj, żeby nikomu oczu nie powybijać tą swoją laską!
4. Psychodelia
Entropia – Astral
W odkrywaniu równoległych światów może pomóc wiele rzeczy, jak na przykład wystrój festiwalu – kolorowy i czerpiący z naturalnych motywów. To jednak muzyka na Red Smoke’u jest najsilniejszym wyzwalaczem duchowych przeżyć. Mogą się one od siebie znacząco różnić. Na przykład teraz, Elder, zanurzony aktualnie głęboko w rocku progresywnym, zabrał nas w podróż po pięknych, baśniowych krainach. Silna reprezentacja w setliście najnowszej płyty Through Zero wyszła zdecydowanie na dobre, bo to mocny powrót po średnim Innate Passage. Bardzo ładnie.
Po nich, już w całkowitej ciemności, na scenę wyszła Entropia. Organizatorzy, którzy zaprosili oleśnicką grupą na set poświęcony wyłącznie albumowi Vacuum, trafili wyśmienicie. Nie był to zwykły koncert Entropii, bo po pierwsze, odbył się podczas zawirowań w składzie, a po drugie, z gościnnym udziałem Kuby Sokólskiego, który dodał oryginalnemu materiałowi jeszcze więcej kosmicznej atmosfery. Repetytywność tej muzyki wciągała w bardzo ciemne i straszne miejsce, którego bardzo nie chciało się opuścić. Doskonałe brzmienie nie pozwoliło zniknąć bulgoczącej elektronice pod gitarami, co dało fenomenalny rezultat. Jeden z najlepszych redsmoke’owych koncertów, na którym był piszący te słowa. Jednak na najlepszy przyjdzie jeszcze w tej relacji pora.
5. Hałas
Bazgrołki – Meduzy
Kiedyś to były czasy, ludzie chodzili na koncerty i nie bali się, że słuch stracą. Teraz jakieś zatyczki czy inne pierdoły… I bardzo dobrze, noście zatyczki na głośnych gigach, bo laryngolodzy to droga sprawa. Na pewno przydatne byłyby podczas Kombynat Robotron. Bardzo dużo noise’u tu było, a to tylko jeden z czterech gatunków, który podają na swoim Bandcampie. Duże natężenia głośności spodziewane były na Bazgrołkach, a było zaskakująco… normalnie. Dać ich jeszcze głośniej, nie ingerować w kolejną płytę i jeśli gwiazdy ułożą się korzystnie, dostaniemy naprawdę świetny i już-nie-taki-młody zespół.
Zobacz też: „Miło jest wrócić na Ziemię”. Wywiad z Ixzhilion
6. Piosenki
Samavayo – Rolin’
Kilka miesięcy temu, pod jednym naszym materiałem, pojawił się komentarz dotyczący tego, że w muzyce metalowej, bluesie, jazzie czy rocku nie powinno się używać tego słowa. To nieprawda. Jeśli są zwrotki i refreny, to mamy prawo i obowiązek to słowo przytaczać. O piosenkach powinny pamiętać także zespoły okołostonerowe, bo bez nich wyjdzie tak, jak na Siena Root i Acid Mammooth. Co z tego, że wszystko brzmi jak złoto, wygląda, jak powinno i doskonale wpisuje się w obraną estetykę, skoro w trakcie i po koncercie nie zapamiętujesz zupełnie nic.
Były na Red Smoke Festival 2026 zespoły, które o tych piosenkach pamiętały. Pierwszym zasługującym na wyróżnienie w tej kategorii byli Samavayo, którzy mimo stereotypowo stonerowego charakteru, serwowali rockandrollowe przeboje. Podobnie Margarita Witch Cult – choć zdążyliśmy tylko na końcówkę, usłyszeliśmy rzeczy, które pozostawiły bardzo pozytywne wrażenie. I nie, nie chodzi tylko o medley Black Sabbath na koniec!
Przeczytaj też: Zespół sprzeczności. MESSA – THE SPIN
7. Riffy
Acid Mammoth – Jack the Riffer
Element, który w każdym post-sabbathowskim graniu jest niezbędny. Dość głośno ostatnio o wypowiedziach Patricka Walkera z Warning (o którym za chwilę) dotyczących jego niechęci do „kultu riffu”. Ciężko było mi w pierwszej chwili zrozumieć, o co chodziło, ale podczas występu Acid Mammoth wszystko stało się jasne. Jeden motyw, mimo że bardzo dobry, ale trwający za długo, zwyczajnie nudził. Chociaż Grecy nie zagrali złego koncertu, to ta godzina dłużyła się zdecydowanie za bardzo. Pamiętajcie kochani, żeby przy robieniu muzyki pamiętać o słowie „piosenka”. „Riffy” przyjdą same, jeśli się je czuje.
8. Gobliny
Minor God – Talabüga
Czyli dwa zespoły. Pierwszy, jako secret gig (chociaż nie oszukujmy się, połowa uczestników o tym koncercie wiedziała od dawna) na małej scenie, Minor God. Projekt poboczny chłopaków z Moonstone, który służy im do odchamienia, wyżycia i grania muzyki… nazwijmy to dyplomatycznie, niezbyt mądrej. Wydawać się mogło, że taki zespół na żywo nie może wypadać specjalnie przekonująco, bo jego pasjonacki charakter powinien uniemożliwiać przyłożenie się do jakości gigu. A tu proszę, ogromne, pozytywne zaskoczenie. Pogo znacznie większe, niż ktokolwiek mógłby zakładać – barierki osłaniające konsoletę również nie były na to przygotowane. Trzymali je jednak sami realizatorzy, jednocześnie ani na chwilę nie wychodząc z roli pierwszych kibiców zespołu. O co chodziło z szalikiem Stomilu Olsztyn, nie mam pojęcia, ale jakie to ma znaczenie? Wspaniałe to było, bo liczyły się tylko dwie litery z alfabetu: oi!
A to była zaledwie rozgrzewka przed daniem głównym dla nerdów, bo następnego dnia grał Poison Ruïn. I to dosłownie, bo na ekranie za muzykami wyświetlany był gameplay Diablo I (dzięki Piotrek za podpowiedź, bo za młody jestem na takie rzeczy), którą ktoś przechodził na żywo, na laptopie za sceną. A reszta – równie idealnie nerdowska. Choć punk jechał na pełnym d-beacie, najnowsza płyta Amerykanów, Hymns From The Hills, znacząco poszerza worek ich muzycznych inspiracji – głównie o heavymetalową melodykę. Tańce pod sceną intensywne (oboje to potwierdzimy), ale przyjazne, bo to w końcu Red Smoke. A koncert absolutnie fenomenalny. Oi oi oi!
9. Piękno
Warning – Footprints
Nie było na tej edycji zespołu, który nie przechadzałby się wśród festiwalowej publiki. Zero gwiazdorzenia, nawet u headlinerów. A w przypadku Warning wszystko to złączyło się w jedną całość. Brytyjczycy najpierw przez sporą część dnia niespiesznie oglądali teren festiwalu i pozowali do zdjęć, a potem na scenie zaprezentowali się od niezwykle chwytającej za serce strony. Jedni słuchacze siedzieli z zamkniętymi oczami, inni nie byli w stanie powstrzymać łez. Muzyka Warning jest jakby pozbawiona ego, nie ma w niej wyłącznie pokazywania technicznych umiejętności. Ich minimalistyczny w formie doom to idealny środek do wyrażenia smutku, który musi w każdym z tych gości siedzieć. A Rituals of Shame to jeden z najważniejszych płytowych powrotów ostatnich lat.
10. Bębniarze
Arcane Allies – State of Hypnosis
Byli też jednak tacy, którzy swoich instrumentalnych zdolności nie ukrywali. Byli to dwaj perkusiści. Byli oni tak jasnymi postaciami w swoich zespołach, że musieli dostać swój osobny punkt. Pierwszym z nich był Arno Voland z Samavayo. Chłop nie pozwalał na to, żeby w utworze pojawiła się cisza, ale zarazem robił to na tyle subtelnie, że jego gra nie przytłaczała. Świetnie się na niego patrzyło – jego ruchy, przede wszystkim głową, były zsynchronizowane z graniem, ale zupełnie inaczej, niż można by się było tego spodziewać. Drugie wyróżnienie otrzymuje natomiast Sidney Jaffe z Arcane Allies. Tutaj gość miał prostszą sprawę, bo jako zespół, całe trio ustawione było w jednym rzędzie z przodu, a dodatkowo była to instrumentalna odmiana krautrocka. Sidney odpowiadał za konferansjerkę między utworami, a w ich trakcie mocno komplikował swoje pozornie proste partie perkusyjne. Miło się to oglądało, mimo że ogólna twórczość zespołu mnie nie zachwyca.
11. Dysonanse
Poison Ruïn – Lily Of The Valley
Może i jest to oczywistość, bo na tym polegają festiwale, ale na Red Smoke’u usłyszymy bardzo różnorodną muzykę. Cieszy to, że dobierając skład organizatorzy nie sugerują się jedynie stonerowym pierwiastkiem. Różnice w prezentowanym stylu podczas tej edycji były momentami naprawdę gigantyczne. Przestawienie się z radosnej zabawy ze świata Poison Ruïn na przygnębiającą zadumę z Warning musiało trochę zająć. Podobnie było dzień wcześniej – kosmiczny trip Entropii nagle zmienił się w jaskiniowy prymitywizm Minor God. I właśnie takie ogromne stylistyczne przeskoki działały świetnie. Państwo organizatorzy: prosimy tak dalej podczas następnych edycji!
12. Przygody
Doom Gong – Annihilator
Czego spodziewalibyście się usłyszeć od zespołu, który nazywa się Doom Gong? To pytanie retoryczne – wszyscy nieznający wcześniej muzyki Amerykanów wybierając się na ich koncert, szli, wiedząc, że usłyszą kolejny stoner doom, o wiadomo czym. I ci wszyscy, musieli się srogo, kurczę, zdziwić.
Wiecie, zdanie tego nie da się opisać słowami to ładny wytrych dla piszącego, żeby uniknąć pokazania braku umiejętności opowiedzenia zaobserwowanej rzeczywistości. I właśnie to zamierzam zrobić, gdyż nie umiem przedstawić tego, co wydarzyło się przez tamtą godzinę. Bo co ja mogę, że ta banda wariatów potrafiła najpierw zacytować muzyczny temat z The Sound of Music (dzięki Dominika), a później w ciągu minuty wepchnąć cytaty z Harry’ego Pottera (dzięki Gosia) i Black Sabbath (dzięki ja), jakby wszystko było naturalne i ich? Że dwukrotnie nagła zmiana WSZYSTKIEGO w ciągu ułamka sekundy sprawiła, że poderwałem się na równe nogi? Że pół koncertu trzymałem się za głowę, nie mogąc ogarnąć tego, co widzę i słyszę? Że przez drugą połowę koncertu bardzo chciałem do toalety, ale nie mogłem wyjść, mimo że i tak wszystko bym cały czas słyszał?
Kiedy cała siódemka (!) wychodziła na scenę, w swoim jednorodnym i interesującym, choć prostym wizerunku, nikt by mi nie wmówił, że zobaczę właśnie jeden z koncertów życia. A zobaczyłem. Tak samo zaskakujące jest dla mnie to, że… nie przepadam za radosną muzyką, a tutaj była głównie radość. Było tam chyba większość muzycznych gatunków, od country, przez… ja już nawet nie pamiętam, co tam się działo. To była podróż zarówno przez historię popkultury (kto wie, co jeszcze cytowali?), jak i przez ich krainę – baśniową, ale ciągle zmieniającą swoje barwy, zapachy i temperatury, niepozwalającą zatrzymać się ani na chwilę.
13. Wielbłądy
Slomosa – In My Mind’s Desert
Choć ostatniego dnia ciężko było już się pozbierać po genialnym Doom Gongu, na sam koniec festiwalowiczów czekał crème de la crème całej edycji. Slomosa w ciągu zaledwie kilku lat i po dwóch nagranych albumach stała się jedną z najgłośniejszych nazw w stonerze. I choć była to ich trzecia wizyta w naszym kraju w ciągu roku, głód tej nazwy był duży. I wszyscy dostali to, czego oczekiwali – świetnie brzmiący koncert z ziomeczkową atmosferą (tej może było trochę za dużo, bo konferansjerka co numer, kiedy nie ma się nic do powiedzenia, wybijała z klimatu) i doskonały dobór piosenek. Tańcom w trakcie i bólom szyi po nich nie było końca.
I taki właśnie był Red Smoke Festival 2026. Taki sam jak co roku, ale zupełnie inny, niż kiedykolwiek.

















































































