Najpiękniejsze pożegnanie
Mystic Festival 2026
[FOTO/RELACJA cz.IV]
Kilkadziesiąt godzin koncertów tylko po to, żeby przeżyć tę najważniejszą, ostatnią? Troszkę tak wyglądał mój Mystic Festival 2026 – od momentu ogłoszenia The Gathering we wrześniu zeszłego roku, pozostały świat trochę nie istniał. Jednak wcześniej, ostatniego dnia, było dużo innych wspaniałych koncertowych atrakcji. Dostaliśmy tańczenie, skakanie po dachach i wdychanie mistycznych oparów.
Przeczytaj wcześniejsze części relacji:
Hostia
Który raz widziałem Hostię? Nie wiem, ale tych to można oglądać na okrągło. Dlaczego? Po pierwsze, na żywo jeszcze bardziej słychać u nich rock’n’rolla. Te numery są tak dobre, że nawet ubranie ich ekstremalną, death/grindową otoczkę, nie odbiera im nic z zabawy. Po drugie, w większości przypadków ich koncerty po prostu świetnie brzmią. Zwyczajnie są to świadomi własnego celu, bardzo dobrzy muzycy, którzy potrafią profesjonalnie wykonać swoją robotę.
I po trzecie, nie ma drugiego takiego Łukasza, jak Łukasz Pach. Chłop wymyśla coraz to kolejne głupoty, żeby jak najbardziej uatrakcyjnić show. Teraz była zawinięta w czarny worek kukła, z której na koniec nożem zostały wycięte… egzemplarze płyt do rzucenia w publiczność. No i znowu nie mogę się doczekać kolejnego razu, żeby ich zobaczyć!
Przeczytaj też: Piekiełko na Ziemi. Wywiad z Łukaszem Pachem z zespołu Hostia
Yoth Iria natomiast mieli MONUMENTALNE wizualizacje… wygenerowane przez sztuczną inteligencję. Do widzenia i do zaorania na wieki.
Acid King
Może i słuchanie stoner metalu na żywo po koncercie Electric Wizard nie powinno mieć sensu, ale jednak miało. Acid King prezentujące w całości swoją najlepszą płytę – Busse Woods – to wystarczająco dobry powód, by postać w pełnym słońcu przez kilkadziesiąt minut.
Najpierw weszli do Warszawy Davida Bowiego, a następnie wiernie odegrali cały album, z Electric Machine przesuniętym na sam koniec. Piękne brzmienie, idealna setlista, super pogoda, zespół z legendą Lori S. we wspaniałej formie… Wszystko dokładnie takie, jakie powinno być.
Youth Code
Krótka wizyta na Maryrdöd (przez festiwalowe realia nieco za krótka, bo Szwedzi klepali fenomenalnie) i przyszła pora na kolejny koncert z elektroniką w roli głównej. Tym razem nie były to jednak synthowe melodyjki do prowadzenia samochodu gdzieś w Night City, a bezlitosny i oparty na punkowym industrialu EBM. Byli bardzo głośni – w normalnej ocenie ZBYT głośni – ale ból w głowie, który wywoływali, był całkowicie uzasadniony. Youth Code zagrali najbardziej ekstremalny koncert tej edycji, jednocześnie nie mając nic wspólnego z metalem. Choć na The Void szedłem przygotowany na agresywny atak, to dostałem coś więcej. Świetny występ i moje odkrycie festiwalu.
Scour
Dzień wcześniej Phil Anselmo podczas koncertu Down był w niezłej wokalnej formie, ale prawdziwy test wytrzymałości czekał go w sobotę. Scour na swój koncert dostał aż godzinę, co dla wokalisty wykonującego z gardłem tak ekstremalne rzeczy, mogło być wyzwaniem. I dźwiękowo radził sobie naprawdę świetnie, ale…
…ale ciężko patrzyło się na typa, który daje z siebie całe dwadzieścia procent. Teksty śpiewane z kartek umieszczonych na pulpicie, po każdym kawałku zgniatane w kulkę i rzucane w publiczność. Dziwne to – chłop dzięki przychodom z Pantery jest ustawiony do końca życia, mimo to ideowo bierze się za niekomercyjne projekty jak Scour, ale występuje w nich jakby za karę. Reszta składu dowoziła jednak kompleksowo, wszystko brzmiało jak powinno, a licznie zgromadzona pod Desert/Shrine Stage publika dostała dobry koncert.
Mastodon
Zaczęli od dwóch numerów otwierających Once More ‘Round the Sun, a ja już miałem miękkie nogi. Kiedy przeszli do fenomelanego The Crux zrobiło mi się już tak przykro, jak nigdy dotąd. Dlaczego? Ano dlatego, że był to ostatni numer, który widziałem. Kocham Mastodon, ale w tym czasie grał Bölzer, który kocham tak samo bardzo. Nigdy nie opuszczałem koncertu z takim bólem.
Bölzer
I jeszcze większy ból poczułem, gdy ten Bölzer najpierw zaczął z opóźnieniem, a potem dźwiękowo bardzo skaleczył The Archer. Na szczęście już kolejne numery (które niestety nie obejmowały nic z moich ukochanych Hero i Lesse Majesty – według setlist.fm były dwa z Aury i najprawdopodobniej dwa nowe) zabrzmiały już jednak znacznie lepiej i pokazały to, do czego zdolny jest ten zespół. A zdolny jest do wytworzenia podniosłej, pochodzącej gdzieś z prehistorycznych czasów atmosfery. Skończyli jednak przed czasem, pozostawiając po sobie gigantyczny niedosyt. Oby problemy zdrowotne nie odebrały im już możliwości normalnego zespołowego funkcjonowania, a nadchodząca płyta okazała się równie potężna, jak jej namiastka zaprezentowana w Gdańsku.
Saxon
Wszyscy chcielibyśmy się zestarzeć tak, jak Biff Byford. Gość w wieku 75 lat jest definicją klasy w heavy metalu, a na scenie z Saxon tylko to udowadnia. Idźcie ich zobaczyć, dopóki jest na to jeszcze szansa, bo w tym roku na Park Stage zaprezentowali się równie wspaniale, co na scenie głównej przed czterema laty.
Dobra, wizualizacje – na czele z przedstawiającą opadające okładki wszystkich płyt zespołu – nie należały do najlepszych, ale poza tym na scenie zgadzało się wszystko. Był zestaw starych hitów (bez których heavy metal byłby czymś gorszym) i idealne, pełne hardrocka brzmienie. Wyjątkowo pięknym momentem było także przywiązanie przez Biffa flagi wziętej z publiczności pod koniec koncertu. Jak on to wyliczył, że zdążył idealnie na swoją część do zaśpiewania? Tego nie wiem.
Gosia zrobiła również zdjęcia zespołowi Behemoth:
The Gathering
Ciężko jest mi sensownie opisać wydarzenie, jakim był koncert The Gathering, odgrywającym w całości Mandylion – jedną z najważniejszych płyt mojego życia. Ogłoszenie pierwszych koncertów składu, który nagrywał ten album trzydzieści lat temu wywołało we mnie ogromne emocje, a zapowiedziany koncert na Mystic Festival przeżywałem BARDZO.
Żeby jednak przesadnie nie wchodzić w osobiste dywagacje… było wybitnie. Anneke van Gierbergen jest w jeszcze lepszej formie wokalnej niż trzy dekady temu – rozwój jej solowej kariery w kierunku lżejszych odmian rocka dodał materiałowi z Mandylion jeszcze większej elegancji. Reszta zespołu odgrywała najbardziej najntisowy metal gotycki na świecie, ale zupełnie pozbawiony efektu archaiczności.
Utwory nie zostały odebrane w oryginalnej kolejności z płyty, a w środku zmieścił się także (wybitny) On Most Surfaces. Mimo tej „niespójności” ten materiał we współczesnym wydaniu zabrzmiał jak jednorodny monolit. Nie zburzył go brak In Motion #2, jedynego utworu z płyty, który nie zabrzmiał, ani (wybitny!!!) Saturnine na koniec. Czy wspomniałem już o tym, że koncert The Gathering był wybitny?
Mysticu – dziękuję wam za to zwieńczenie kolejnej wspaniałej edycji i spełnienie ogromnego marzenia. Świat zewnętrzny przez tę godzinę nie istniał, a po tej godzinie był jakby trochę inny.
Brzmi to pretensjonalnie? Tak, ale wybaczcie – przecież kocham Mandylion, więc rozumiecie.
Na temat Mystic Festival, na naszej stronie pojawi się jeszcze jeden, pożegnalny tekst.



































