Dyskoteka na błotnistej pustyni

Mystic Festival 2026

[FOTO/RELACJA cz.III]

Bo przecież jeśli już ma padać, to w najlepszy koncertowo dzień, nie? Oczywiście… Na szczęście najbardziej pesymistyczne prognozy nie sprawdziły się i prawdziwa ulewa nad Stocznię nie dotarła. Minimum warunków niezbędnych do właściwego odbioru wszystkich stoner- i southern metalowych pyszności został zapewniony. Piątek nie był jednak monotematycznym dniem.

Przeczytaj pierwsze dwie części relacji:

Gatecreeper

Najintensywniejszy podczas tegorocznej edycji deszcz nie odstraszył największych deathmetalowych maniax. Nawet gdy Gatecreeper przyciągnął pioruny. Spokojnie, nie z nieba, a te pochodzące z okładki ich ostatniego albumu Dark Superstition, który zdominował setlistę. Melodyka tych utworów w zestawieniu ze starszymi numerami, bardziej opartymi na riffach, dała nam piękną okazję do machania baniami. Pomogło idealnie wyważone brzmienie – dzięki czemu wszystko było tłuściutkie, jak powinno. Na żywo widać również ich nerdowsko-jaskiniowy charakter – głupie to wszystko, ale jakie fajne! Bardzo przyjemny koncert.

Gosia była też z aparatem na Vianova:

Coroner

Kiedy grali na Summer Dying Loud 2023, nie potrafiłem się do nich przekonać. Bardzo spodobała mi się jednak ich zeszłoroczna, wydana po ponad 30 latach wydawniczej ciszy płyta Dissonance Theory. Z tego powodu Coroner stał się dla mnie istotnym punktem Mystic Festival 2026.

Zaczęli przy złym nagłośnieniu, ale te zostało sprawnie skorygowane. Nowe utwory, gdyby nie dziwny pogłos na wokalu towarzyszący części koncertów na Park Stage, zabrzmiały precyzyjnie i wiernie oryginałom z płyt, ale… chyba z tym Coronerem dalej się w pełni nie polubiliśmy. Choć koncert był jak najbardziej w porządku, coś w tej naszej relacji nie do końca gra. Takiej muzyki chyba wolę jednak słuchać w spokojnych domowych warunkach, gdzie żaden dźwięk nie ma szans umknąć.

Corrosion of Conformity

Tutaj rozpoczęła się nasza wędrówka po pustyni. Koncepcja dni tematycznych na głównej scenie – thrashowego czwartku i stoner/southern/sludge’owego piątku – była organizacyjnym strzałem w dziesiątkę. A Corrosion of Conformity w tym układzie wjechał idealnie.

Po średnio przyjętym albumie Good God / Baad Man można było mieć pewne obawy wobec formy Amerykanów. Na szczęście wątpliwości (tak w ogóle – niesłuszne, bo GG/BM to bardzo dobra płyta) szybko zostały wyjaśnione, a nowe utwory działały na żywo równie dobrze, co klasyki z Blind, Deliverance i America’s Volume Dealer. Na scenie południowy luz, jakby riffy w ogóle nie stanowiły dla nich żadnego kłopotu. A dodatkowo wszystko brzmiało też wyśmienicie.

Down

Pepper Keenan szybko pozbierał się po koncercie Corrosion of Conformity, by złapać za gitarę w Down. I choć wszystko wskazywało na to, że ten koncert powinien być punktem kulminacyjnym dla miłośników nowoorleańskich post-bluesowych wyziewów, wcale tak tego nie odczułem.

Dlaczego? Względem występu COC dość mocno pogorszyło się brzmienie, zaczęło mocniej padać, trochę wjechało zmęczenie… Bardzo żałuję, że splot losowych wydarzeń odebrał mi radość z odbioru tego długo wyczekiwanego przeze mnie występu. Zwłaszcza że widać było, że zespół był w optymalnej formie. Jeszcze setlista składała się głównie z piosenek z debiutu Nola uzupełniona przez dwa numery z dwójki – nie wiem, czy pojawi się możliwość zobaczenia najlepszej supergrupy w historii metalu w lepszych warunkach. Nie pozostało chyba jednak nic innego, jak zaczekać na ich powrót.

Electric Wizard

Prawdziwy „kult przesteru”, nastąpił jednak chwilę później. Wiele osób na Mystic Festival 2026 przyjechało głównie na Electric Wizard, co zupełnie nie dziwi. Jus Osborn ogłosił jakiś czas temu, że zespół będzie niedługo kończył działalność, więc możliwe, że była to ostatnia okazja, by zobaczyć ich na żywo w Polsce. Przybyli pod Park Stage fanatycy dostali to, czego potrzebowali.

Jasne, mogło być JESZCZE GŁOŚNIEJ, mogło być JESZCZE WIĘCEJ DYMU, ale to już byłaby przesada. Brytyjski kwartet nie miał jednak umiaru w trzech kwestiach: w potędze riffów, w nagości w wyświetlanych na ekranie wizualizacji oraz w miłości do Szatana. Był to koncert Electric Wizard podany w najlepszych możliwych warunkach. Wystarczyło zamknąć oczy, żeby poczuć przyjemne uczucie wypełniające całe ciało. Odpowiadał za to Diabeł, czy były to tylko potężne przestery? Odpowiedź jest oczywista.

Black Label Society

Straszyli mnie, że Zakk Wylde ze swoim Black Label Society na koncertach nie zna umiaru w gitarowych solówkach. Mimo że twórczości jego zespołu zupełnie nie znałem, z ciekawości poszedłem zerknąć. I jakże miło się zaskoczyłem! Oczywiście, popisy lidera były, ale zawarte w zdrowych granicach, bo w piosenkach, które wpadały w ucho. Załapałem się też na No More Tears z repertuaru Ozzy’ego – bardzo ładny, pełen szacunku hołd. A teraz, już bez uprzedzeń, zabieram się za nadrabianie dyskografii BLS.

Primordial

Koncert Primordial w Aleksandrowie Łódzkim od dwóch lat nie dawał mi spokoju. Musiałem pogodzić się z tym, że na Mystic Festival 2026 Irlandczycy mieli zagrać o niezbyt mi sprzyjającej godzinie, ale mimo to udało mi się zobaczyć początek ich koncertu.

Część występów na Desert/Shrine Stage traciła na słabszym nagłośnieniu i to spotkało Primordial. Nie było jednak tragedii, a sam charakter ich muzyki nie zmusza do brzmieniowego ideału. Najważniejszy człowiek, wokalista A.A. Nemtheanga, był w tego dnia w wyśmienitej formie. Oglądanie tego gościa na scenie to zawsze ogromna przyjemność – tym razem nastawiony był bojowo i pilnował, by każda stojąca pod sceną osoba przeżywała te dźwięki tak jak on. A że on przeżywa je bardzo…

Musiało wystarczyć jednak tylko 25 minut, bo…

Carpenter Brut

…bo ZABAWA! Synthwave’owe akty Perturbator na zakończenie wybranych dni Mystic Festival 2023 i 2025 były idealnym sposobem na ostateczne wykończenie się na parkiecie po całym dniu metalu. W tym roku w końcu udało się sprowadzić drugą z dużych synthwave’owych nazw, akceptowaną przez środowisko. I mam nadzieję, że ta tradycja będzie kontynuowana.

Żywa perkusja, która pojawiła się na scenie przed rozpoczęciem koncertu Carpenter Brut (czasem grają z bębnami puszczanymi z automatu) wskazywała na to, że będzie intensywnie. I było. Podczas tej godziny nie pojawiło się wiele momentów na oddech. Każdy element został utrzymany w stylizowanej na lata 80. konwencji – głupia konferansjerka puszczana z laptopa dodatkowo podtrzymała ten klimat. Wszystko z perfekcyjnym brzmieniem i, bardzo przez naszą dwójkę wyczekiwanym, zakończeniem w postaci coveru Maniac, wraz z wyświetlanym na ekranie tekstem do wspólnego karaoke. Po tym można już było tylko umierać.

Nigdy w życiu się tak nie wytańczyłem, kardio mam odhaczone do końca dekady.

Następna część relacji pojawi się wkrótce.

GALERIA