Łamane karki i skórzany parkiet

Mystic Festival 2026

[FOTO/RELACJA cz.I]

Liczba relacji, która pojawiła się w trakcie i po Mystic Festival 2026, mogła przytłoczyć. Wspaniale widzieć, że inni, podobnie jak my, emocjonalnie przeżywali to, co działo się w pierwszy weekend czerwca w Gdańsku. Tylko… co moglibyśmy do tego wszystkiego, co już najprawdopodobniej gdzieś przeczytaliście, dodać? Nie wiemy, czy znajdziecie w tym i następnych relacjach coś nowego, ale chcieliśmy zaprosić was na nasz pożegnalny spacer po Stoczni, poprzez zdjęcia Gosi i tekst Kacpra. Na początek pierwszy dzień, czyli środa.

Dola

Zmiana na stołku perkusisty w zespołach nie jest zazwyczaj powodem do obaw. W przypadku Doli miałem jednak poważne wątpliwości, czy bez oryginalnego perkusisty – Mateusza „Stempola” Stempskiego – to trio dalej będzie w stanie oddawać swój charakter w wersji live. Na koncertach Stempol, poza uderzaniem w bębny, był osobowością – raz trzymał pałeczki w zębach, raz jeździł nimi po talerzach, wydając tym samym jakieś chore dźwięki, a raz wykonywał szaleńczy śmiech do mikrofonu. Już po chwili koncertu wiedziałem jednak, że nie było się o co martwić. Nowy bębniarz Marceli Dziurleja dowozi, i to z nawiązką. 

Zaczęli spokojnie, od Kijów – jakby na przekór metalowej publice, chcąc stopniowo wprowadzać swój świat dysonansów i niejednoznaczności. Mimo powolnego rozpoczęcia już na samym starcie usłyszałem kilka pozytywnych głosów pochodzących od ludzi, dla których był to ewidentnie pierwszy kontakt z Dolą. Kiedy zaczęli utwory z Tabernakulum, nie było już czego zbierać, po czym… na kilka minut wysiadł prąd. Przez to na chwilę zgubił się klimat tego dziwnego rytuału, który udało się im wytworzyć mimo pełnego słońca i festiwalowej atmosfery. Po kilku minutach wszystko jednak wróciło na swoje miejsce.

Exegi monumentum. DOLA – TABERNAKULUM 6 stycznia, 2025 Kacper Chojnowski W wywiadach z zespołami czy w recenzjach płytowych bardzo często …

A Marceli? Chłop te chore struktury grał z taką lekkością, że miałem wrażenie, jakby w jedną rękę mógł wziąć książkę do czytania, drugą jeść obiad, a jeszcze nogą podbijać piłkę i mimo to zagrałby bezbłędnie. Pokazuje zupełnie inny charakter niż jego poprzednik (wcześniejsze koncerty na pewno będę jeszcze długo wspominał), ale jest on równie intrygujący. Idźcie sobie na Dolę.

A Gosia pojawiła się też z aparatem na Frontside:

Neckbreakker

Na Mystic wrócili po dwóch latach z debiutanckim albumem, lekko zmienioną nazwą i bogatsi o doświadczenie związane z koncertowaniem na dużych scenach. Neckbreakker to młodziaki z Danii, które przy ogromnym wsparciu Nuclear Blast robią spore zamieszanie we współczesnym deathmetalowym światku.

I o ile ich riffy na żywo wybrzmiewają jeszcze potężniej i tłuściej niż na Within the Viscera (co jest trudne do wyobrażenia), to koncertowo nie jest to zespół dla mnie. Za dużo mi było zachęcania do interakcji z publiką – ta muzyka broniła się sama i wszystkie okrzyki w stylu Let’s go Mystic! były niepotrzebne. To już jednak bardzo indywidualna kwestia, bo obiektywnie jest to zespół, którego nazwa jest jak najbardziej uzasadniona.

Grave

Środa była ucztą dla fanów death metalu. Jednym z obowiązkowych przystanków (o ile ktoś nie wybrał równolegle trwającego koncertu Damnation) był Grave. Na zeszłorocznej edycji Summer Dying Loud zabrzmieli bardzo słabo przez kochającego nadmierne podnoszenie wszystkich suwaków w górę nagłośnieniowca. Tutaj z początku było średnio, ale na koniec szwedzizna jechała już tak, jak powinna. 

W trakcie tego koncertu nagrywaliśmy test jednokrotnego wyboru z wokalistą Hostii – zajrzyjcie na naszego Instagrama!

A.A. Williams

Dziesięć minut na Unleashed musiało wystarczyć (ale co posłuchałem To Asgard We Fly to moje!), ponieważ swoje czary rozpoczynała A.A. Williams. Choć ciężko było się na nich skupić, z racji, że przez całość występu kilka metrów za mną na pełen głos rozmawiało kilku Włochów… No nic, taki urok festiwali!

Setlista pani Williams skupiła się głównie na mającym premierę dwa dni później albumie Solstice. Cofnęła się także do czasów debiutanckiego Forever Blue, ale najpiękniej wybrzmiał zamykający całość występu Evoporate z As The Moon Rest. Zaskakujący wybór piosenek i średnie nagłośnienie nie pomagały, przez co koncert zostawił po sobie spory niedosyt. Emocjonalnie i wykonawczo wszystko było odpowiednio piękne, ale jednak muszę przejechać się na najbliższy koncert klubowy, by wszystko odczuć w należyty sposób.

Ice Nine Kills

Te zdjęcia idealnie oddają to, czym jest Ice Nine Kills na żywo. Tam dzieje się DUŻO. Ich oprawa wizualna z jednej strony robi wrażenie, ale z drugiej daje poczucie przebodźcowania. A muzyka? Podobnie – do tego garnka wrzucone jest tyle składników, że takiemu postronniakowi jak ja, ciężko było się w tym odnaleźć.

Priest

Po tak atakującym wszystkie zmysły koncercie Priest na zakończenie Warm Up Day wypadł jeszcze bardziej minimalistycznie, niż słychać to na ich nagraniach. Ależ piękna to była zabawunia! Czy przeszkadzało to, że wokalista trochę nie domagał? Nigdy w życiu – liczył się tylko taniec (pozdrowienia dla gościa przebranego za ufoluda!) i kiczowaty świat lat 80., który tworzy te synthowe trio. Jeśli kończyć dzień, to właśnie w ten sposób.

Następna część relacji z Mystic Festival 2026 pojawi się wkrótce.

GALERIA