Strach przed przyszłością. Wywiad z Thy Worshiper

Rzadko jest tak, że pojawia się album, który jest w stanie poruszyć CotB-owy duet w równym stopniu. Tym bardziej, jeśli jest to album gatunkowo przynależący do ekstremalnego metalu. Tak się jednak stało przy okazji szóstej płyty Thy Worshiper Demony Wschodu. Płyty bezpośrednio mówiącej o tym, co bardzo bliskie. Opowiadającej o tym, że Rosja stanowi zagrożenie, zwłaszcza teraz, gdy z rosnącym niepokojem obserwujemy sytuację na Wschodzie. Z Marcinem Gąsiorowskim, wokalistą i gitarzystą zespołu, porozmawialiśmy na temat tego, co teraz, ale także cofnęliśmy się o 30 lat do czasów albumu Popiół (Introibo ad Altare Dei).

rozmawiał: k.chojnowski

Zarówno w tytule całego albumu, jak i poszczególnych utworów, pojawia się wschód. Jak duże pole do manewru ma tutaj odbiorca, jeżeli chodzi o interpretację tego – czym on jest?

Wydaje mi się, że ogromne. Demony Wschodu są generalnie o takich naszych demonach. O nas, jako o wschodzie cywilizacji zachodniej, o naszych wewnętrznych bolączkach, jak i o tak zwanym ruskim mirze, który określam tutaj jako Syberia. Natomiast jaka ona jest, wszyscy wiemy.

Czy określiłbyś Demony Wschodu płytą o charakterze politycznym?

Nie, nie bawię się w politykę. Nie ma tutaj nic o moich sympatiach czy antypatiach, a o rzeczywistości, która otacza nas tu i teraz. Demony Wschodu to płyta o demonach, które krążą wśród nas, o tym, jakie stanowią zagrożenie, ale na pewno nie ma tam nic z polityki.

Zastanawia mnie tylko właśnie kwestia tego, że nazywasz tutaj rzeczy absolutnie po imieniu. Kiedy patrzę sobie na sytuację aktualną na świecie i w Polsce, to zastanawiam się, czy słowa, że nie ma nic gorszego niż Moskala przyjaźń, nie są już deklaracją. Spójrzmy choćby na sondaże wyborcze.

Mówisz o utworze Syberiada, który jest bardzo osobistym kawałkiem, o mojej babce. Nie bez powodu powtarzam w nim słowa babka mi mówiła. Jestem Wrocławianinem z krwi i kości. W 1947 roku moja babka przyjechała do Wrocławia prosto z Syberii, gdzie spędziła siedem lat swojego życia. Właśnie tam widziała naprawdę straszne rzeczy. Na Syberii zmarła jej matka, a dwóch jej braci zaciągnęło się do Armii Andersa – jeden z nich do tej pory leży pod Monte Cassino, a drugi po prostu zaginął.

Zabrali ją w lutym 1940, w samym środku jednej z ostrzejszych syberyjskich zim – minus czterdzieści stopni, może nawet więcej. Fascynowało mnie, jak opowiadała, podczas mrozów strzelało w tajdze, rozsadzało drzewa, bo żywica wchodziła w jakieś reakcje chemiczne. Trafiła tam tylko dlatego, że jej ojciec służył w I Brygadzie Piłsudskiego. Z początku mieszkali w Racławicach, na północy obecnej Białorusi. Jednak po przegranej wojnie albo ataku Rosjan – zwał jak zwał, nigdy im wtedy wojny nie wypowiedzieliśmy – zabrali ich pierwszym transportem do Syberii.

Z małej stacji kolejowej trafili do domu rosyjskiej rodziny. Babka nigdy nie wyrażała się źle o takich zwykłych Rosjanach. Powtarzała, że gdyby nie tamci ludzie, po dwóch tygodniach byliby martwi. Mieli tylko dziesięć kartofli, ale podzielili je równo – tam nie było, że wy gorsi. Na Syberii są naprawdę przyjaźni ludzie. Wiem, bo sam tam byłem. Różnią się od reszty Rosjan. Jak ktoś przyjeżdża z innego rejonu, to traktują go jak gość w dom, Bóg w dom. Oddadzą i serce i wszystko, co mają. Bardzo pomogli mojej rodzinie. Z drugiej jednak strony brat mojego dziadka zginął w Katyniu, od strzału w tył głowy.

Rosja to jest bardzo imperialne państwo, które w tej chwili zachowuje się, jak niedźwiedź wybudzony ze snu zimowego, próbujący modelować rzeczywistość wedle własnej wizji. W tej chwili zagraża również nam. Współczesna historia wiele nas uczy. W latach 1933-1935 nasi dwaj sąsiedzi przestawili całą swoją gospodarkę w tryb wojenny. Stali przed wyborem: bankructwo albo wojna. Rosjanie zrobili teraz dokładnie to samo. Dlatego trzeba szanować nasze rządy, że zaczynają wzmacniać armię. Bez tego Rosja zwyczajnie by tu wjechała, jak zrobiła to w 2014 w Ukrainie. Polityka w obecnych czasach jest bardzo niekorzystna dla naszego państwa i co za tym idzie – dla nas. Kilka utworów na tej płycie dotyka właśnie tych tematów.

Czy Demony Wschodu byłyby inną płytą, gdyby Rosja nie zaatakowała Ukrainy?

Na pewno. Zresztą niedawno o tym myślałem – lider Killing Joke powiedział kiedyś, że najlepiej mu się komponuje, jak coś się dzieje na świecie. Kiedy jest jakiś kryzys, próg wojny, coś zdecydowanie złego. Możliwe, że z nami jest tak samo. Już od momentu, gdy zacząłem myśleć nad tekstami do tej płyty, postanowiłem nie ukrywać wszystkiego w metaforach. Co ważne, Demony Wschodu są pierwszą częścią trylogii. Mamy już nagraną jej trzecią część, czyli płytę Strach!, gdzie teksty są już mniej dosłowne. Demony Wschodu są bezpośrednie, bo musieliśmy zacząć od tego, co tu i teraz.

Wspomniałeś o tryptyku, jakie będą punkty wspólne kolejnych części trylogii?

Punktem wspólnym jest to, że mamy teraz trudne czasy. W pierwszej części trylogii opowiadamy o tym, co nam zagraża. Zaatakują, nie zaatakują, uzbroimy się, nie uzbroimy. Wydaje mi się, że są różne inne zagrożenia, które są równie groźne dla całego rodzaju ludzkiego. W tej chwili wchodzi sztuczna inteligencja, mamy komputery kwantowe, a społeczeństwo na całym świecie zaczyna się robić klasowe. Niektórzy śmieją się z globalnego ocieplenia, ale faktem jest, że zaczną pojawiać się coraz bardziej nieprzewidywalne zjawiska atmosferyczne. Mamy mnóstwo zagrożeń, a na tej płycie postawiliśmy na najprostsze, czyli na wojnę kinetyczną, która nam grozi. W kontekście całej trylogii powiedziałbym, że będzie dotyczyć strachu przed przyszłością.

Co chcesz wywołać w słuchaczu przez tę bezpośredniość? Wzbudzić w nim świadomość, ostrzec, dać nadzieję, czy to raczej nie takie proste?

To na pewno nie takie proste. Weźmy czwarty utwór, Takie miejsce na ziemi. On też jest wyjątkowo bezpośredni, nazwałbym go nawet takim utworem patriotycznym. Jest o naszym kraju i chyba nie da się bardziej bezpośrednio powiedzieć, że nadchodzą trudne czasy, a my jako naród jesteśmy makabrycznie podzieleni. I może się to skończyć tak, jak się skończyło w 1939 – pomimo że wszyscy się zebraliśmy i poszliśmy do wojny jak jeden mąż, nigdy takiego wpierniczu nie dostaliśmy od nikogo, jak wtedy od Niemców. Armia była przygotowana fatalnie, a doprowadziły do tego lata kłótni. Mimo że ogromnie dużo przez te dwadzieścia lat zrobiliśmy, to nie przygotowaliśmy się odpowiednio do wojny. Takiego scenariusza się właśnie teraz boję, bo wygląda to tak samo – a jak sam Churchill kiedyś powiedział: czy wiesz, czego uczy nas historia? Historia uczy nas tylko tego, że historia niczego nas nie uczy. Nie da się lepiej tego podsumować.

Wspomniałeś o tym, że jesteśmy jako naród okropnie podzieleni. Czy Demony Wschodu w twoim odczuciu mogą mieć jakiś wpływ na to, że ktoś uzna coś w stylu ej, może ten sąsiad głosuje na tych, co ja ich nie lubię, ale spróbuję się z nim jakoś dogadać?

Chciałbym tak oczywiście, ale wiadomo, jak jest. Bardzo dobrze, że ludzie mają różne zdania, tylko aktualnie w Polsce zapomniało się o tym, że kiedy prowadzi się dyskusję z osobą posiadającą inne poglądy, to atakuje się te poglądy i to z nimi się nie zgadza. W tej chwili wygląda to tak, że osoba o odmiennych poglądach zostaje pisiorem albo kimś innym. Sam nie jestem w stanie oglądać naszej polityki, jest to takie trochę szambo. Sporo lat mieszkałem w Irlandii i oni potrafili kłócić się na naprawdę wysokim poziomie. Można to robić z pasją, bez ad personam czy nazywania innych ruską onucą albo niemieckim szpiegiem. Zdaję sobie jednak sprawę, że to myślenie à la Dyzio marzyciel, czyli takie wołanie na tajdze.

Współcześnie różnego rodzaju rosyjskie wpływy są widoczne zdecydowanie bardziej niż przed najazdem Rosji na Ukrainę. Wojna toczy się też na płaszczyźnie dezinformacyjnej. Ta narracja oddziałuje na ludzi do tego stopnia, że niektórzy wybierają być pod ruskim butem niż pod tą ohydną, okropną Unią…

I to właśnie pokazuje, że Rosjanie są mistrzami w propagandę. Jeśli reklamowali swoją armię jako drugą na świecie, a wyszło tak, że są zaledwie drugą w Europie, no to naprawdę można się z nich śmiać. Mają taktykę wojenną z czasów drugiej wojny światowej plus drony, którą troszeczkę zmodyfikowali, ale tak naprawdę idą masą i tracą mnóstwo ludzi.

Obecnie w Polsce jesteśmy naprawdę inwigilowani – w ostatnich wyborach prezydenckich kandydował gościu, który jawnie mówił, że powinniśmy wejść z Rosją w specjalne układy i zasilać raczej ten ruski mir niż tę zgniłą Unię Europejską. I Korwin-Mikke, który stwierdził, że już po wybuchu pełnoskalowej wojny, będzie określał Putina mianem Sir… To nie są żarty, nie?

W dodatku często oglądam podcasty, w których pokazują skróty z tego, co puszczają w swojej rosyjskiej telewizji w Sułowiu. Większość Polaków sobie tego nie wyobraża – oni jawnie mówią o tym, że na przykład zbombardują Poznań. Jakby Polacy byli już w stanie wojny z nami, nie? Według nich Putin tylko machnie ręką i już są w Warszawie. Dwa dni na czołgach i mogą sobie tutaj szukać żon. W tych programach notorycznie pompują nienawiść na zachód i na Unię. A ci ludzie, którzy uważają, że może ten ruski mir jest lepszy, bo tutaj gejoza, LGBT, kościoła nie szanują… W tym ruskim mirze są naprawdę w „czołówce” – aborcje, zachorowalność na AIDS, alkoholizm, 60% gospodarstw domowych niepodłączonych do kanalizacji i tyle samo nie ma w domach toalety. Także no nie wiem, niech sobie tam wyjadą, Syberia jest ogromna. Pić będą mogli, nie ma tam nic innego do roboty.

Nie obawiacie się może jakichś represji związanych z tym, że część słuchaczy opowie się bardziej za tym wschodem?

Koniec końców to jesteśmy kapelą raczej niszową. Może teraz piszą o nas, że jesteśmy legendarnym zespołem, ale umówmy się – nie puszczają nas w radiach. Nie obawiamy się, nie mamy czego. Możemy się co najwyżej martwić się, że nie wpuszczą nas na koncerty do Moskwy. I trudno. Co zrobić?

Chyba sobie poradzicie, tak mi się wydaje.

Chyba tak.

Chociaż są niektóre zespoły, które próbują się tam przebijać. As I Lay Dying radzą tam sobie bardzo dobrze.

Wiesz, to jest ogromny rynek. Każdy kraj chciałby się tam wepchnąć i każdy biznesmen. Tania ropa, tani gaz. Thy Worshiper w Rosji nie zagra, chyba że zmieni się ustrój i nas zaproszą. Wtedy sami się oferujemy. 

Przechodząc do lżejszych tematów – jak się wam nagrywało Demony Wschodu? Słyszałem, że Bajki o Staruchu, czyli poprzednią płytę, nie było tak łatwo. A Demony Wschodu

Poszło nam to naprawdę wyjątkowo szybko. Zaczynając od procesu komponowania, w którym mieliśmy jakąś tam wizję, kończąc na nagrywaniu. W tej chwili jesteśmy w stanie wszystko nagrać sami. Mamy własne studyjko w Toruniu u naszego perkusisty Bartka. Wiadomo, że najgorsza była perkusja, ale z gitarami i basami nie było żadnego problemu. Naprawdę szybko i komfortowo nagrany album.

W tytule pierwszego singla do płyty pojawia się Eden, w Idź precz słyszymy przeżegnanie się – czyli korzystacie z symboliki judaistyczno-chrześcijańskiej. Pogański metal i chrześcijaństwo. Dlaczego?

Dlatego że wycięli drzewa ze świętych gajów (cytat z utworu Wśród cieni i mgieł; przyp. red.). My poganie im tego nie zapomnimy. Ja wiem, że zabrzmi to, jak bluźnierstwo, ale ta religia jest traktowana jako właśnie jedna, jedyna. Jako historyk mogę powiedzieć, że tak naprawdę nie różni się ona od tych, które funkcjonowały około 5 tysięcy lat temu na terenie dzisiejszej Azji Mniejszej, od Iraku po Syrię, Palestynę. Wielki Potop był już u Sumerów.

Kolejnym moim problemem jest mówienie, że jest to religia monoteistyczna. Pierwsze przykazanie, nie będziesz miał bogów cudzych przede mną – nie można jaśniej powiedzieć, że są inni bogowie, ale dla ciebie to ja jestem twój. Dlaczego wybrali akurat tego Boga, a nie na przykład Marduka, Zeusa czy któregoś z semickich bogów? Przy okazji zniszczyli wszystko, czego moglibyśmy nauczyć się o wierze naszych przodków. To była bardzo agresywna wiara. Jeszcze do średniowiecza albo się chrzciłeś, albo umierałeś. Nie przyjmuję tego wmawiania nam, że to jest religia miłości, a symbolem tej religii miłości jest facet ukrzyżowany na krzyżu. Nic tylko ten krzyż piłą mechaniczną…

A jak zapatrujesz się na współczesne wszelkiego rodzaju ruchy związane z pogaństwem czy słowiańskością? W zasadzie wszystko, co wiemy o naszych przodkach z dawnych czasów to bardziej przypuszczenia. Wszystko, co wiemy, pochodziło od chrześcijańskich mnichów. Mimo to są ludzie, którzy kultywują słowiańskie tradycje na zjazdach czy w ugrupowaniach.

Nie jestem ich częścią, ale kibicuję. Graliśmy na kilku takich festiwalach i jest to świetny sposób na spędzenie wolnego czasu. Przy czym też nie do końca można powiedzieć, że nic nie wiemy o naszych przodkach, bo jednak trochę tego zostało. Pierwotnie, kiedy badano dawne wierzenia, ludzie nie wiedzieli, jak do tego podejść. Chcieli przełożyć imiona tych Welesów czy Światowidów pod mitologię grecką, ale to funkcjonowało zupełnie inaczej.

Jedyne, co mnie teraz denerwuje lub bardziej śmieszy, jest ruch Lechitów. Twierdzą oni, że Lechici, czyli my Polacy, walczyliśmy z Aleksandrem Macedońskim albo Juliuszem Cezarem i byliśmy pierwszym narodem na świecie, który podbił wszystkich. Nie możemy traktować Kadłubka za źródło wiarygodne we wszystkim, na przykład w tym, gdzie opisywał, że hordy Polaków rozwaliły Aleksandra Macedońskiego, a on musiał przepraszać. No nie, to tak nie było.

Co dzieje się podczas twoich spacerów nad Odrę?

Wymyślam teksty. Już, nawet kiedy byłem gówniarzem, matka mówiła mi, że jestem chodziarzem. Zawsze musiałem biegać, grać w piłkę albo cokolwiek innego. Mieszkam na Wielkiej Wyspie we Wrocławiu, która z każdej strony jest otoczona przez Odrę. 15 minut spaceru i jestem w lesie. Mam taką rutynę, że wychodzę zawsze przed snem, przeważnie ze słuchawkami na uszach i słucham muzyki albo podcastów. Chodzę po rejonach, gdzie nie ma ludzi, ale jest ciemność, drzewa, księżyc, mgła, woda…

Czy jesteś osobą, która słucha swoich starszych płyt dla przyjemności?

Rzadko. Teraz muszę trochę ich posłuchać, bo przygotowuję się do trasy. Całego Popiołu nie przesłuchałem pewnie od dwudziestu lat, ale znam go przecież na pamięć w głowie. Nie mam potrzeby wracać, ale odtwarzam swoje nagrania, kiedy muszę coś nowego stworzyć.

Jednym z elementów Demonów Wschodu, który różni się od wcześniejszych materiałów, jest okładka. Jaka była jej geneza i kto jest jej autorem?

Jest to seria dziesięciu różnych rysunków, stworzonych przez Martę Stachowicz, naszą koleżankę, która kiedyś mieszkała w Dublinie, a teraz w Warszawie. Były przygotowane już na Klechdy. Kiedy szukaliśmy pomysłów na to, co by zrobić przy Demonach, przypomnieliśmy sobie o tej całej sesji. Według mnie pasuje idealnie.

SŁOWIAŃSZCZYZNA NA EMIGRACJI

Historia Thy Worshiper jest nierozerwalnie związana Irlandią. Czy mógłbyś opowiedzieć, jak wygląda ta część waszego funkcjonowania na przestrzeni lat?

Przeprowadziłem się do Irlandii w czasie, gdy wyszła druga płyta Thy Worshipera, Signum. Gitarzysta i cała reszta składu została tutaj, w Polsce. Przez pierwsze dwa lata nie za bardzo myślałem tam o muzyce, ale później, kiedy już trochę okrzepłem, zacząłem nagrywać jakieś wokale. Przez cały czas robiliśmy coś z Thy Worshiperem, nigdy się nie rozpadliśmy. W pewnym momencie jednak zrozumiałem, że taka relacja na odległość nie ma sensu.

W Irlandii pracowałem w międzynarodowej firmie związanej z finansami. Musieliśmy chodzić tam w oficjalnych strojach – koszule, gajerki, krawaty. Jakiś Hiszpan powiedział mi kiedyś, że jest tutaj jakiś Polak. Rzeczywiście, stanęliśmy naprzeciwko siebie, łysy gościu. Zaczęliśmy gadać – skąd jesteśmy, czego słuchamy. Mówi mi, że słucha death i black metalu. – A jaki jest twój ulubiony zespół? – pytam. – Nie znasz, Thy Worshiper. Myślałem na początku, że ktoś robi sobie ze mnie jaja, ale nikomu tam nie mówiłem, że mam taki zespół. Okazało się, że gra też na gitarze. W ten sposób poznałem Darka Kubalę, z którym zaczęliśmy się spotykać i spotykamy się do tej pory. W Irlandii został on i Grabi, czyli nasz człowiek do zadań specjalnych. Gra na wszystkim.

A w jaki sposób wyglądają wasze próby albo codzienna komunikacja?

Z Darkiem rozmawiam w zasadzie codziennie. Zwyczajnie jesteśmy bardzo dobrymi kolegami, również poza zespołem. Gramy razem jakoś od 2009 roku i znamy się jak łyse konie. Poza muzyką lubimy wspólnie komentować sobie mecze. W rzeczywistości nie spotykamy się jednak często. Z Bartkiem, perkusistą, który mieszka w Toruniu, spotykamy się co pewien czas, na przykład, kiedy wymyślimy z Darkiem coś na gitarach. Później ogrywamy sobie to już z perkusją. Adam, basista, też mieszka we Wrocławiu, więc tu nie ma kłopotu. Nie spotykamy się często w pełnym składzie, ale nie jest to dla nas większy problem.

Irlandia jest krajem o silnych chrześcijańskich tradycjach, podobnie jak Polska. Czy ich podejście ich społeczeństwa jest jakoś podobne do tego, co widzimy u nas? Czy tam metalowy pogański zespół ma trochę łatwiej?

Ma łatwiej z tego względu, że po pierwsze jest anglojęzyczny, i po drugie, że mają więcej pieniędzy. Są też bliżej Wielkiej Brytanii, gdzie zaczynał się metal. Kościoły w Irlandii nie są dziś pełne, ale rzeczywiście widać pewne kulturowe gesty – przeżegnanie się, gdy obok przejeżdża karetka lub mija się kościół. Czasy, kiedy był to bardzo religijny kraj, zbiegał się z okresem biedoty. Religia przeważnie idzie z nią w parze. Irlandia jest już bogatym społeczeństwem, więc i religia ma tam też coraz mniejsze znaczenie.

Jaki jest twój ulubiony irlandzki zespół i dlaczego jest to Primordial?

Bo są najlepsi (śmiech).

Naprawdę, trafiłem z tym Primordial (śmiech)?

Tak. W Irlandii jest sporo fajnych kapel, ale Primordial ma status kultowy. Innym, świetnym zespołem z Irlandii jest Molekh. Choć to Primordial pamiętam jeszcze jako gówniarz. Musiałem namęczyć się, żeby dostać ich nagranie. Trzeba było pisać do ludzi, wymieniać się. Byłem wtedy pod ogromnym wrażeniem zespołu. W późniejszych latach nie spuszczali z tonu i zresztą, do tej pory nie spuszczają.

A jaki oni status mają u siebie w kraju? Czy to jest coś podobnego do tego, jak my traktujemy Behemota?

Nie, zupełnie nie. Behemoth jest w tej chwili bardziej biznesowym przedsięwzięciem. W Primordialu Alan był gdzieś DJ-em. Chwytał się przeróżnych rzeczy i pewnie był na zasiłku. Nigdy nie był takim celebrytą jak Nergal, ale jego zespół jest doceniony.

HISTORIE O WIEKACH DAWNYCH

W moim odczuciu wasz najważniejszy album to Klechdy – wśród kręgu moich znajomych to pierwsze skojarzenie z Thy Worshiperem, pokazują to też liczby odsłuchów na Spotify. Czy ten album jest również tak samo istotny dla ciebie?

Zajebista płyta, jest dla mnie bardzo istotna. Spędziliśmy nad tym albumem mnóstwo czasu i większość utworów bardzo lubię. Niektóre z nich uważam może za trochę mniej udane, ale jako całość to świetna płyta w naszej dyskografii. Nie będę tutaj udawał kogoś nadmiernie skromnego. Największym fanem Thy Worshipera na świecie jestem ja, a zaraz po mnie, Darek Kubala i reszta członków zespołu. Robimy taką muzykę, jaką sam bym chciał sobie włączyć. Łączymy różne elementy i na Klechdach wyszło nam to naprawdę fajnie.

Cofnijmy się do czasów dawnych, czyli do lat dziewięćdziesiątych i albumu Popiół (Introibo ad Altare Dei), czyli debiutu Thy Worshiper. Powiedziałeś, że na co dzień nie wracasz do tej płyty, ale jak ją teraz postrzegasz? Podoba ci się?

Podoba mi się, już się jednoznacznie określiłem jako największy fan Thy Worshipera. Tylko w przeciwieństwie do tego, co uważają ludzie, że wyżej niż Popiół nie podskoczymy, to raczej tak nie uważam. Obiektywnie musi być świetna płyta, skoro zdaniem ludzi jest lepsza od tych nowych. Sam aktualnie jestem fanem właśnie ostatnich, a szczególnie jeszcze niewydanej drugiej części tryptyku.

Z Popiołem po raz pierwszy spotkałem się stosunkowo niedawno i widzę, że jest to zupełnie inny album od reszty. Jest to muzyka, która nie przypomina mi absolutnie niczego innego, co działo się w ogóle w muzyce wcześniej lub w tym samym czasie. Jest tylko jedna płyta, która jakoś mi się tu łączy, czyli Grom Behemota. Zastanawiam się, czego wy słuchaliście w tamtych czasach i czym się inspirowaliście?

Moją pierwszą największą fascynacją był zespół Clannad i ich soundtrack do serialu Robin z Sherwood. Jako kilkuletni berbeć zawsze bardzo na niego czekałem. Była tam taka postać, Herna, czyli jakiś kapłan pogański, który chodził z rogami na głowie. Później przyszedł do mnie metal, zaczynałem, jak każdy: Iron Maiden, Metallica, Slayer. Następnie zaczęły pojawiać się rzeczy typu Sodom i tak dalej. Wtedy też pierwszy raz usłyszałem death metal. Powiedziałem sobie, Jezu, gościu rzyga, to jest po prostu świetne. Pamiętam Death i ich Scream Bloody Gore – wiedziałem już wtedy, że jestem kupiony. Jakiś czas później niektóre te zespoły zaczęły wydawać płyty black metalowe.

Zanim przyszła do mnie druga fala norweskiego blacku z Emperor, Darkthrone czy Mayhem, miałem Necromantię, Rotting Christ czy Varathrona z Grecji. My wzięliśmy niektóre utwory Satyricon czy Burzum, ale wyszło nam to bardziej po słowiańsku i pewnie miało to wpływ na to, że zabrzmieliśmy dość oryginalnie. Myśmy wtedy w ogóle nie umieli grać, nie mieliśmy żadnego pojęcia o komponowaniu utworów, ale za to ogromne wyobrażenia o własnych możliwościach. Wiesz, wsadzić po dwanaście riffów do jednego utworu, to nie jest takie proste, a w środku chcieliśmy jeszcze zmieścić jakieś zwolnienie na flecik. Jakoś to wyszło, nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że nie można, ale staraliśmy się połączyć leśny black metal z mistyczną atmosferą. 

Powiedziałeś ważną rzecz, nie wiedzieliśmy, że nie można. Jak byliście odbierani w tamtych czasach? Czy Popiół był przyjęty, tak jak teraz się o nim mówi, jako wspaniałą, najlepszą płytę, czy raczej z rezerwą, a kult przyszedł dopiero później?

Dla mnie kult nigdy nie nadszedł. Wiadomo, dla niektórych może być to oczywiste, ale punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i nie stałem się bardziej kultowy. W każdym razie najpierw były pierwsze próby, na które pożyczałem bas od kolegi, bo nie miałem swojego. Inny kolega miał gitarę, a perkusista układał kartony i już zaczynaliśmy nagrywać jakieś demo. Nasze pierwsze podejście nazywało się Bloody Vagina of the God’s Whore… (śmiech). Wtedy było to naprawdę toporne, nie wiedzieliśmy nawet, że trzeba się razem nastroić.

W pewnym momencie przyszedł do nas drugi gitarzysta, Bartek Jabłonka, który miał dużo większe umiejętności niż my wszyscy razem wzięci. Umiał komponować, więc nagraliśmy na ich bazie nasze pierwsze demo Winter Dream. Wybitnych reakcji wobec niego to ja raczej nie pamiętam. Wysłaliśmy gdzieś taśmę, to najpierw nam ktoś odpisał coś w stylu: na pewno chcecie, żebym wam to recenzował? Później napisał, że taśma ma fatalne brzmienie. Na drugim demie, Tym z krainy cieni, postanowiłem, że biorę sprawy w swoje ręce. Pierwszy utwór, jaki sobie wybrzdąkałem, to było Wśród Cieni i Mgieł. W Norwegach spodobało mi się też to, że śpiewali w swoim języku. Na pisanie po angielsku nie miałem pomysłu, więc popatrzyłem na naszego KATa i na to, jak brzmi na przykład Oddech Wymarłych Światów. Ten język polski to była próba.

Co jest dla mnie ważne, dalej próbujemy kombinować różne rzeczy z naszą muzyką. Cały czas staramy się używać innych rytmów albo jakoś inaczej łączyć basy. A Demony Wschodu, z punktu widzenia słuchaczy czy recenzentów, może być zwykłą płytą z dużą ilością blastów. Mimo że mnóstwo zespołów tak gra, my nigdy tak nie graliśmy i jest to dla nas coś nowego – taki poziom natężenia, czy tak mocna perkusja.

Gdybyś musiał wybierać jedną wersję – Thy Worshiper z roku 1996 czy Thy Worshiper z roku 2026? Nostalgia czy współczesność?

To trochę pytanie w stylu czy byś wolał być Kolumbem, czy Magellanem? (śmiech) No ale współczesność, zdecydowanie.

Opracowanie pytań: M. Chabowska i K. Chojnowski

Transkrypcja: K. Chojnowski

Redakcja: M. Chabowska

Zdjęcia: Aga Star

Chcesz posłuchać rozmowy? Możesz odtworzyć wywiad na naszym YouTube i Spotify!