Żeby pękały serca. Wywiad ze Szczepanem Inglotem (Stellar Blight / Wolfpack Heading Nowhere)

Wolfpack Heading Nowhere i Stellar Blight to zespoły powołane do życia w dwóch ostatnich latach przez gitarzystę Szczepana Inglota. W jednym gra melodyjny death metal na szwedzką modłę, w drugi pląsa się w urokach metalu gotyckiego. Koncerty obu tych zespołów w ramach jednej edycji Summer Dying Loud były idealnym powodem, by oba wątki połączyć w jedną rozmowę.

Wywiad dostępny także jako wersja z wideo:

I jako podcast:

Kacper: Kiedy wspomniałem ci na Summer Dying Loud o tym, że chciałbym z tobą porozmawiać jednocześnie o Wolfpack Heading Nowhere i Stellar Blight w ramach jednego wywiadu, byłeś zaskoczony. Dlaczego uważasz, że te zespoły są aż tak bardzo od siebie różne? 

Szczepan: Ich kontekst jest trochę inny. Inny typ grania na gitarze, inne instrumenty, z których korzystam, inny charakter muzyczny, inni ludzie. Dla mnie te zespoły, mimo że oczywiście mają wspólny pierwiastek w osobach Bartka Klisia i mnie, to są dwa zupełnie różne światy. Każdy słuchacz może usłyszeć, że muzyka Stellar Blight jest zdecydowanie inna niż Wolfpack Heading Nowhere, ale dla mnie jest to czubek góry lodowej. Na początku trochę mnie to zaskoczyło, że są tutaj elementy wspólne. Mój serdeczny przyjaciel, Daniel Kesler, powiedział mi, że od razu usłyszał, że to ja napisałem te piosenki. Jest to świetny komplement, bo oznacza, że mimo ubierania tych zespołów w różne kostiumy, jednak jakaś część mnie i Bartka z tego wszystkiego wystaje, że mam swój styl i coś do powiedzenia. Ale ubrać te dwa konteksty w jedną, spójną całość, to do tej pory mi się nie zdarzało.

Chodzi o to, że oba zespoły silnie nawiązują do pewnych konkretnych wzorców z przeszłości – Wolfpack Heading Nowhere do gotyckiego metalu lat 90., Stellar Blight do płyty Reinkaos Dissection. Sam mówiąc o obu albumach, mówisz o tych inspiracjach, ale ile było w tym kalkulacji? Na przykład przy komponowaniu utworów pojawiało się coś w stylu: tutaj wrzucimy to, tutaj to, a tutaj spróbujmy być oryginalni? Czy to wszystko raczej przyszło spontanicznie?

Nie myślimy o tym. Miałem w przeszłości zespoły, które chciały być oryginalne, czasami za wszelką cenę. Żyłem trochę w przeświadczeniu, że jeżeli ktoś mi powie, że jakiś mój riff jest podobny na przykład Slayera czy Dissection, to odbierałem to jako obelgę. To znaczyło, że chciałem coś ukraść, że ten riff został zapożyczony, a ja dopuściłem się nieelegancji wobec Kerry’ego Kinga czy kogoś innego. Z perspektywy czasu, wydaje mi się, że traktowałem to trochę za bardzo produktowo. Chciałem zrobić coś, co natychmiast będzie kojarzone wyłącznie ze mną. W wypadku Stellara i Wolfpacka oduczyłem się tego, ponieważ postawiliśmy stricte na spontaniczność i robienie muzyki, od której będzie chciało nam się biegać dookoła jak chomiki. Jestem ultrasem płyty Reinkaos z mnóstwa powodów – przez brzmienia, riffy, obłędny wokal, aranże… wszystko.

Stellar Blight / Fot. Gosia

Stellar Blight był pomysłem Pawła, to on zaprosił mnie do zespołu, co wiele osób zaskoczyło. Chcieliśmy oddać hołd temu graniu, bo zobaczyliśmy, że nikt w Polsce nie gra w stylu Reinkaos. To będzie trochę kontrowersyjne, ale ten melodyjny death metal, trochę może black metal – ten „rynek” w ogóle nie został zapełniony. To nas popchnęło w tę stronę – chcieliśmy to zrobić, bo po prostu też mało kto to robi. Nie mówię, że nikt, bo to byłaby oczywiście wierutna bzdura, ale mało osób w Polsce podjęło się takiego zadania, jak oddanie hołdu dla Reinkaos. Ten zespół dosłownie powstał z pytania: czy jesteś w stanie wymyślić riff jak Jon?. To było realizowane tylko i wyłącznie przez entuzjazm. Uważam, że Stellar, mimo że stał się tributem dla tej płyty, właśnie przez to jest tak oryginalny i odważny, przez to, że my jesteśmy w tym tak bezpardonowi. W mojej mało skromnej ocenie uważam, że to jest tribute zrobiony w dobry sposób – wiadomo, skąd wiatr wieje, ale mimo wszystko Paweł brzmi jak Paweł, ja brzmię jak ja, a Bartek jak zwykle brzmi fenomenalnie.

I to samo przekłada się na Wolfpacka, choć nie jest on moim zdaniem jednoznacznie wycelowany w oddawanie hołdu dla Type O Negative, którego jestem wielbicielem. Oczywiście jest tu tego dużo, ale nie jest to skierowane wyłącznie w bardzo wąski region płyt, które nagrali, tylko bardziej w spektrum. Bo nie tylko ten zespół lubię z całego 90’sowego zestawu. Jest u nas parę rzeczy, które mogłyby być porównane do Paradise Lost, Sentenced, HIM, Tiamat, tego jest dużo. Nie jest to wyrachowane w jakkolwiek sposób. Mamy 2026 rok, chłop ma dwa zespoły, jeden melodyjny death metal, drugi gothic metal – jak to k*rwa może być wyrachowane? No bądźmy poważni (śmiech). Trochę odbiegłem od tematu, ale to chciałem powiedzieć, że głównym czynnikiem był fun. Zajbiście było robić te płyty i mam nadzieję, że przy kolejnych będzie tak samo.

Kiedy zaczynałeś wchodzić w muzykę, na początku u ciebie był metal czy gotyk?

Rozróżniłbym tutaj dwie rzeczy – to, co było świadome i to, co było u mnie w chacie. Mój ojciec Lechosław jest fanem Sisters of Mercy, bardzo dużo słuchaliśmy Foodland, uwielbiam. To była płyta, która otworzyła mi całe wrota do tego całego anturażu, do The Cure, do Depeche Mode i tak dalej. Sisters of Mercy jest dla mnie zdecydowanie najważniejszym zespołem z tego 80’sowego gotyku. Natomiast świadomie, że kupiłem sobie płytę, to były jednak stricte metalowe rzeczy. Nie był to Dissection, bo jak się Reinkaos ukazał, to już słuchałem metalu parę lat. To były Slayer, Metallica – nie jestem jakiś tutaj specjalnie oryginalny. U mnie zawsze była dwubiegunówka – od kiedy pamiętam, miałem słabość do tych dwóch estetyk. A w ogóle pierwszy festiwal, który zagrałem wiele lat temu ze swoim zespołem Shodan to był Castle Party. To była koliza tych dwóch światów. W ogóle jestem stałym bywalcem Castle Party. 

Ja się w końcu się muszę na to Castle Party wybrać, bo podobno fajnie…

To jest tak unikalne. Wszystkie metalowe festiwale, chociaż je uwielbiam, mają wspólny mianownik. Strefa z piwkiem, strefa z drinami, tu jest scena z death metalem, tu jest scena z crossoverem, wszystko wszędzie rąbie. A na Castle Party nacisk położony jest trochę na coś innego. Tam jest publika, to jest kolektyw, to jest estetyka, tam jest dyskoteka. Taki kipisz, sprytnie i mądrze zrobiony przez organizatorów, zresztą też moich przyjaciół. To jest doznanie całościowe – tam się nie idzie na zespół, tam się idzie być na Castle Party.

A emocje teraz, grając tę płytę? Ten album jest tak specyficzny, że nawet jeżeli wyciągamy z niego choćby jeden utwór, to zawsze uderza. Ta płyta jest mocna dla każdego z nas. Pewnie w przyszłości też sięgniemy po jakąś piosenkę, grając na koncercie czy festiwalu. Natomiast chcemy grać nowy materiał, bo to kolejny rozdział zespołu o podobnej nazwie.

Wolfpack Heading Nowhere

Załapałeś się na złote czasy MTV?

Tak. Akurat MTV trochę było u mnie z doskoku, bo to była stacja, która leciała w telewizji kablowej, do której ja nie zawsze miałem dostęp. Natomiast miałem dostęp do pasma telewizji naziemnej, czyli do Dwójki, 30 ton – lista, lista. Był taki moment, że w Viva Zwei leciała na tym samym paśmie. Ale tak, załapałem się na to wszystko, jestem rocznik dziewięćdziesiąty.

Co jeszcze, poza nostalgią, sprawiło, że zacząłeś się zagłębiać w muzyczną przeszłość? Bo na te najważniejsze lata, do których nawiązuje Wolfpack, musiałeś być jeszcze za młody, by doświadczać tych rzeczy świadomie.

Dla mnie ta muzyka estetycznie przynależy do tych czasów. Jeśli ubierzemy tę estetykę w 2026, to ona dla mnie trochę traci, więc to nie jest zabieg całkowicie nostalgiczny. To jest trochę wyreżyserowane w ten sposób, że to spaja mi się to w głowie, mi to po prostu pasuje. Nie wyobrażam sobie teledysku Cradle of Filth, Her Ghost in the Fog, w 4K. To musi być zaszumiany, ch*jowy 240p (śmiech).

A jako słuchacz też poszukujesz oryginalności, czy wracasz do tego, co znasz?

To dobre pytanie, bo nie zastanawiałem się nad tym, ale raczej słucham muzyki, którą już znam. No, chyba że ktoś mi coś bardzo gorąco poleci, żebym sprawdził, ale zazwyczaj i w tym odnajduję punkty wspólne z tym, co znam i dlatego mi się podoba. Obecnie nie mam potrzeby odkrywania jakiejś dziwności, ale to się może zmienić, bo u mnie to przychodzi etapami, ale obecnie nie.

Sorry za sztampę, ale mam wrażenie, że jesteś odpowiednią osobą, której to pytanie można zadać. Czy twoim zdaniem wszystko w metalu już zostało napisane i teraz pojawiają się tylko reinterpretacje tematu, czy jest jeszcze miejsce na stworzenie czegoś nowego?

Nie wiem, naprawdę. Mam swoją perspektywę i mam swoje własne pole widzenia, a to, co poza nim, jest dla mnie nieznane. I to, co nie zostało jeszcze wymyślone, jest zdecydowanie poza polem tego widzenia. Są jednak tacy twórcy na świecie, którzy jakoś pchają ten wózek, do przodu, że ten metal cały czas żyje. Głęboko wierzę, że stanie się jeszcze coś przełomowego, choć poniekąd przez cały czas się to dzieje. Pojawiają się takie zespoły, które wywracają wszystko do góry nogami. Jakieś przykłady – Gojira taka była, a wcześniej Fear Factory z tym swoim industrialnym metalem wycykanym do granic możliwości. Mnóstwo rzeczy z tego czerpało, Mesuggah, wszystkie djenty – uważam, że one swój początek mają właśnie w Fear Factory. Pewnie nie mam racji, profesorowie z Noise Magazine na pewno by mnie teraz wyśmiali, bo przecież math rock, coś tam… Są tacy twórcy na świecie, którzy potrafią zrobić coś odkrywczego, ale ja nie mam potrzeby robić czegoś takiego. Chcę się po prostu dobrze bawić. Jak widzę odbiór tych dwóch płyt, o których rozmawiamy, to uważam, że dobrze się stało, bo ludzie naprawdę chcą czegoś takiego. Ja, Bartek, Paweł, Michał, Eliza i Maciek chcieliśmy po swojemu przeinterpretować to, co lubimy. Jeżeli ktoś znajduje w tym coś oryginalnego, to zajebiście, ale my nie mamy potrzeby rewolucji.

I tę zabawę na koncercie Wolfpacka na SDL było widać. To był taki pure fun i ludzie, którzy sobie robią muzyczkę, którą kochają.

I złapałem się na tym, że to nie tylko był fun, to były czasami wzruszenia. Oczywiście można znajdować, w tych tekstach odnośniki do innych rzeczy, ale mimo wszystko jest to głęboko emocjonalna muzyka. Są w naszym secie momenty, gdzie naprawdę to już nie jest granie rocka. To jest coś więcej. Te piosenki są bardzo szczere, mimo że dla niektórych brzmią czasami kuriozalnie. Jak to mówi Maciek, na tej scenie czasami jest kilo sera. Nie miałem tego typu wzruszeń wcześniej, przy innych zespołach. Tego typu paleta emocji nie jest czymś, czym można pomalować death metal. A tutaj można, co jest zajebiste, bo otwiera kompletnie inne rzeczy dla wykonawcy. Jestem bardzo zadowolony, że tak się udało to zrobić. 

Wolfpack Heading Nowhere

To są przyjemne wspomnienia?

Różne oczywiście. To są lata mojej podstawówki, kiedy biegałem z kolegami, grałem w gałę na boisku. Momenty, kiedy menele kradły nam siatkę do kosza i do bramki. To były Motomyszy z Marsa, Viva, 30 ton – lista, lista, to jest moja ciotka, z którą mieszkaliśmy i wieszała sobie Hey Fire i Ho!, na ścianie, to był Pearl Jam, to był szał na Rage Against the Machine. To jest szereg wspomnień i w większości znakomitych wspomnień. Mogę się też pochwalić, że mam wspaniałych rodziców, którzy dali mi piękne dzieciństwo i dlatego bez wstydu i z pewną dozą emocjonalnego wzruszenia, mogę patrzeć na te dobre czasy. Tutaj jest taki mój wehikuł.

Oba zespoły traktujesz jako smaczny tribute dla konkretnych wykonawców. Współcześnie coraz szerzej funkcjonują coverbandy w dosłownym sensie. Jak się na to zjawisko zapatrujesz?

Ciężki temat. Na przykład Reinkaosa grającego Dissection nie widziałem ani sekundy, ani na YouTube, ani tym bardziej na żywo. Death to All widziałem, tylko że tam w składzie masz członków Death. W przypadku Blood Fire Death, tego tribute’u dla Quorthona i Bathory, to też jest udane i widowiskowe, są tam ludzie z poważnymi metalowymi kwitami. Znaczy, to nie jest tak, czy wolno, czy nie wolno…

Ja cię tutaj dopytuję bardziej o twoje odczucia względem tego. Bo już obecnie wolno, festiwale coraz bardziej przytulają te zespoły.

Nie mam z tym oczywiście problemu. Trochę głupio by to brzmiało z moich ust, w momencie, kiedy może nie rżniemy, ale mocno się inspirujemy, jak w wypadku Stellar Blight. Życzyłbym sobie jedynie, żeby to było robione z namaszczeniem prawdziwego fanostwa. A na tym Death To All nawet się całkiem spoko bawiłem, bo znałem te piosenki. Ten typ śpiewa prawie identycznie jak Chuck. Można było się jakoś w to wczuć. Tak mogłoby brzmieć dzisiaj Death.

W którym z tych dwóch twoich zespołów jest więcej Szczepana?

W obu tyle samo. Bez zawahania. Było parę torów kumacji muzyki w moim wypadku i w ogóle się nie zastanawiam nigdy nad tym, który zespół bardziej lubię i w który się więcej angażuję, bo w obu jest kompletnie tak samo. Chcę zrobić po prostu coś najlepiej, jak potrafię, z całego serca. 

Emocjonalnie też?

No jasne. Tylko to jest inna stylistyka. W Stellarze jest to jednak metal dla metali, który kocham. W Wolfpacku przedstawienie tej muzyki odbywa się w trochę inny sposób. Jest bardziej emocjonalna, może teatralna. To, że w jednym zespole widać mniej tej egzaltacji nie oznacza, że jestem jakoś mniej zaangażowany.

Wolfpack Heading Nowhere / Stellar Blight

Parafrazując pytanie, które zadał ci Bartek z Noise Magazine: zostały ci dwa zespoły. Czy tak jest okej? 

To nie jest wszystko, co obecnie mam. Nie ma czegoś takiego, jak wystarczy. Bo jeżeli ktoś zaprasza cię do udziału w czymś, co jest jeszcze nienazwane i zaczyna wypełniać cię entuzjazm, to nie ma wystarczy. Trzeba dać się ponieść entuzjazmowi, bo w przeciwnym razie później można sobie pluć w brodę. Chciałem zrobić kolejną rzecz akurat z tym człowiekiem, więc ją po prostu robimy. Póki mi się chce, to będę to robić. Zdecydowanie.

W jaki sposób powstał Wolfpack Heading Nowhere?

To jest dosyć zabawna historia. Powstało to w głowie mojej i Michała, naszego basisty i mojego wieloletniego kolegi. Spotkaliśmy się na festiwalu Summer Dying Loud, dwa-trzy lata temu. Było podpiwkowane i mieliśmy kupę głupich pomysłów: zakładamy zespół i to będzie to i to. I pojawiła się opcja, że będziemy grać coś takiego, co będzie się nazywało gothcore. Gothcore miało brzmieć jak Suicide Silence połączone z Lacrimosą, kompletnie dla jaj. Gadaliśmy kompletne bzdury, bo wiadomo, jak to jest po trzech czy czterech krafcikach. Było bardzo śmiesznie, ubawiliśmy się świetnie. Natomiast pierwszy człon nazwy tego stylu, któryśmy wtedy wymyślili, jakoś ze mną został. I postanowiłem jednak spróbować, bo to dla mnie były nieodkryte rejony – umiem grać metalowe riffy, ale niekoniecznie takie. Spróbowałem i wymyśliłem piosenkę, która później się przerodziła w Tiny Pieces. Wysłałem ją Michałowi, jakieś tam dwa, trzy miesiące później i on myślał, że robię sobie jaja. Był przekonany, że my żartujemy, ja też myślałem, że żartujemy, ale jednak część z tych żartów została na potem. On to usłyszał i powiedział, że teraz to już trzeba. I tak to się zrodziło. To była potrzeba strigerowana głupim wydarzeniem, ale przerodziło się to w zupełnie poważny projekt. Później zwerbowałem najlepszego perkusistę, jakiego znam, znaleźliśmy Maćka, który właściwie został nam polecony przez naszego wspólnego znajomego. I nagle okazało się, że znikąd pojawił się dream team. Reszta jest historią.

A nazwa?

Wymyśliłem ją… i tyle (śmiech). Tu nie ma za bardzo backstory. Chciałem znaleźć długą nazwę, kilkusłowową. Nie wiem dlaczego. I chciałem coś, co odda ducha tej dzikości, nieokiełznania, a jednocześnie było to zmierzanie donikąd. Dobrze mi to brzmiało po prostu, i mimo że nie stoi za nią szczególna historia, ona znakomicie pasuje do tego, o co tu chodzi.

W Polsce akurat ta konkretna estetyka się za cholerę nigdy nie przyjęła, mieliśmy wcześniej inne „wspaniałe” gotyckie rzeczy. Teraz zauważyłem, że w Wolfpack Heading Nowhere jest to samo, co w przypadku Stellar Blight – to jest oryginalność, która w sumie bierze się z „wtórności”, której nikt obecnie nie przepisuje.

Tak. Natomiast ja nie myślę o tym, czy to się przyjmie, czy się nie przyjmie. Póki jest fun, to będzie trwało. Uważam, że wszelkiego rodzaju kariery i kalkulacje – one w ogóle nie powinny być domeną ludzi, którzy robią muzykę. To jest zadanie dla wydawcy, dystrybutora, dla jakichś super mądrych głów, którzy ustawiają trasy. Ja z koleżanką i kolegami robię muzykę, którą im dostarczamy i to jest wszystko, co mamy do powiedzenia. Kalkulowanie czegokolwiek byłoby kretyńskie. Jak historia pokazała, do tej pory żaden zespół gotycki z Polski nie zawojował specjalnie świata. Robię to po prostu najlepiej, jak potrafię i jak czuję. Tyle.

Wolfpack Heading Nowhere

Czy wypowiedzenie słów „kocham HIM” w metalowym towarzystwie jest teraz prostsze niż kiedyś?

Na pewno jest to prostsze. Natomiast dla mnie w ogóle nie powinno się wstydzić swojego gustu. Wychodzę z założenia, że kto ma uszy, ten się zna. Każdy może powiedzieć subiektywnie, co mu się podoba, a co się nie podoba. Jeżeli ktoś lubi HIM, no to zajebiście. Jeżeli się komuś podoba Belphegor, no to też zajebiście. Ty słuchaj Belphegor, ja sobie będę słuchać HIM. I tyle. Ważne jest, żeby nie dać się zbulingować kolegom, którzy mają więcej do powiedzenia na temat jakiegoś zespołu, mimo że w ogóle go nie słuchają. Więc jest to łatwiejsze dla mnie niż kiedyś, ale chyba trochę do tego dorosłem. Też mam swoje słobostki, które są wyśmiewane w towarzystwie moich kolegów. Na przykład Dream Theater, który kocham…

Czy teledysk i solówka na plaży to był Twój pomysł? 

Nie. Chociaż wygląda na mój, to nie jest mój pomysł. Moimi pomysłami były takie rzeczy jak na przykład znaczek stylizowany MTV i ten napis na początku, żeby to wyglądało jak WH1. Natomiast cała fabuła, wszystkie sceny, były pomysłem właśnie Ciem i Paproci. A solówka na plaży bardzo pasuje do tej stylistyki. Kaszubski Slash (śmiech). To był właśnie pomysł ekipy, więc zabrałem ich na wyspę Sobieszewską. W ogóle teraz jak się o tym opowiada, to wiesz, z czego jestem dumny? Z tego, że oczywiście jest w tym aspekt humorystyczny, ale jak się zbierze całość w jedno, to ostatecznie takie nie jest. Że Maciek zamarzł pod lodem, że ja zagrałem jakąś solówkę na plaży, że miałem okrągłe pingle, że jakieś lata dziewięćdziesiąte, że te chłopy zrobiły jakiś zespół gotycki. My opowiadamy tutaj o tym z humorem, jest śmieszna, ludzka atmosfera, ale ostatecznie to wyszło naprawdę całkiem spoko. Więc tak, jestem z tego dumny. Trochę udało się nam odczarować ten klimat.

Dla portalu LiveRock powiedziałeś „nie dysponujemy głosem Petera Steela, Eldritcha czy McCoya z tamtych lat, ale pragniemy wywoływać uczucia” – jakie to uczucia?

Te, co sami odczuwamy. We wszystkich moich zespołach te emocje są różne, ale zawsze chcemy, żeby one korelowały z tym, co odczuwa publiczność. Że kiedy się wzruszamy, to żeby pojawiały się wzruszenia, a jak jest metal, no to k*rwa jazda. Ta płyta Wolfpacka jest bardzo spójna, mimo to, że uczucia są różne. Jak śpiewamy sobie piosenkę o złamanym sercu, to chcę, żeby te serca pękały (śmiech). Oczywiście żartuję, ale wiadomo, jakaś historia musi za tym iść.

Jesteś w stanie zdefiniować, czym jest death driven heavy metal?

Na początku tej rozmowy sam miałem problem z określeniem szuflady, do której Stellar należy. Oczywiście należy tam, gdzie Reinkaos, trochę Wayfarer, może At The Gates. No właśnie – sam wymieniłem trzy zespoły, które są od siebie kompletnie różne. Dlatego na potrzeby określania tego stylu muzycznego wymyśliliśmy death driven heavy metal i uważam, że trafia w sedno. Bo z jednej strony jest to melodyjny death metal – jest tam coś z In Flames, coś z At The Gates, coś z Dark Tranquility, z Amorphis. Z drugiej strony jest klasyczny heavy metal. Jak robiłem muzykę dla Stellara, nasłuchałem się mnóstwo Judas Priest. Był też Satan i Angel Witch – czyli taki heavy metal, jaki lubię, trochę brytyjski, z jajem. I Accept – już taki bardziej z teutonicznej stali. To nie jest stricte heavy metal, ale też stricte death metal, coś pomiędzy. Fajnie to w mojej ocenie siadło, bo to jest też trochę jak określenie New Wave of British Heavy Metal, które stało się takie ikoniczne. Super, że Paweł na to wpadł i bardzo mi to odpowiada, bo dokładnie określa ten styl muzyczny. Reinkaos to też jest death driven heavy metal właściwie. Pasuje do tej definicji w mojej ocenie.

Stellar Blight

A chciałbyś, żeby były inne zespoły grające death driven heavy metal?

Stary, pewnie. To jest muzyka, której sam chciałbym słuchać, a teraz raczej nie ma wiele do wyboru, jeśli chodzi o zespoły pokrewne. Oczywiście coś by tam się znalazło, na przykład miejscami Deströyer 666 jest taki. Ten późniejszy, bardziej heavy metalowy, bo na Unchain The Wolves to jeszcze nie.

Koncerty Wolfpack Heading Nowhere są już ogłoszone – w listopadzie z Wijem i Fertile Hump, w grudniu z Mentorem i Miguel and the Living Dead. Jakie macie natomiast dalsze plany koncertowe na Stellara?

Na razie takich twardych planów nie ma. Stellar funkcjonuje na trochę specyficznych warunkach, przez co nie możemy sobie pozwolić na jakieś trasy i inne wielkie plany. Zrobimy płytę, coś tam pogramy i starczy. Całej naszej piątce w zupełności to wystarcza, z różnych powodów. Niektórym się nie chce, niektórzy nie mogą, niektórzy nie odczuwają takiej potrzeby. Dostarczenie tych trzech dat promujących album jest wystarczające. Stellar z definicji nie jest bardzo aktywnym zespołem koncertowym. To jest w ogóle sukces, że wywlekliśmy go na jakiekolwiek deski, bo oryginalnie z założenia ten zespół w ogóle nie miał występować. Natomiast w takim planie minimum wszystkim to pasuje. Jeśli ktoś nas zaprosi, to może zagramy. Ale nie ciśniemy na to.

Opracowanie pytań: K. Chojnowski

Transkrypcja: K. Chojnowski

Redakcja: M. Chabowska i K. Chojnowski

Chcesz posłuchać rozmowy? Możesz odtworzyć wywiad na naszym YouTube i Spotify!