Czy można pokonać absolut? HÄLLAS – PANORAMA

Hällas istnieją od 15 lat, od około 10 wydają płyty, ale dopiero w tym roku zdecydowali się na wielki krok. Szwedzi na swojej czwartej płycie wprost zmierzyli się z duchami przeszłości – wielkimi albumami legend rocka progresywnego. Z tego pojedynku wyszli zwycięsko, choć decyzja sędziów w sprawie Panoramy nie musi być jednogłośna.

Hällas - Panorama (2026, Aventyr Records)

Jeśli wydajesz album, który ma jeden, ponad 20-minutowy utwór i kilka krótszych piosenek, rzucasz rękawicę mistrzom. Atom Heart Mother i Meddle od Pink Floyd czy Close to the Edge zespołu Yes – tego typu skojarzenia w tej sytuacji powinny pojawić się od razu. Na pewno w moim przypadku przybyłoby ich więcej, gdybym w pewnym momencie mojego muzycznego rozwoju nie przestał kopać w progrockowych wynalazkach. Zamiast tego pokochałem black metal…

Odwaga czy odważnik?

Trzeba przyznać, że Hällas decydując się na nagranie suity Above the Continuum, podjęli duże ryzyko. Nietrudno jest zbłaźnić się na czymś zbyt ambitnym. Jasne, wcześniej robili małe podchody pod bardziej zaawansowane struktury (na przykład Birth/Into Darkness otwierające Isle of Wisdom), ale mimo wszystko w ich twórczości dominowały złożone, ale jednak tylko piosenki. Czy w związku z tym, porwali się z motyką na słońce? 

Przy pierwszym podejściu Above the Continuum mnie odrzuciła. Jest w tej suicie kilka fragmentów, przez które można pomyśleć, że Hällas albo potraktowali sprawę zbyt poważnie, albo wręcz przeciwnie – chcieli sobie zażartować. Najpierw włoskojęzyczny wstęp, później jakieś melorecytowane teksty o drzewach na początku istnienia czasu, ptakach i słońcu… Gdybym zatrzymał się tylko na pobieżnym odsłuchu, uznałbym, że Panorama to płyta, która ma obśmiać tych całych hipsterów. Bardzo bym się wtedy pomylił.

Ci przyodziani w białe szaty Szwedzi doskonale wiedzą, co robią. Above the Continuum przez większość swojego trwania płynie sobie od jednego ciekawego fragmentu do drugiego. Dla jednych intrygujące mogą okazać się punkty kulminacyjne danego wątku, a dla drugich momenty „przerwy”, które prowadzą słuchacza do zwieńczenia kolejnej części. Wszystko jednak wyjaśnia się w końcówce, gdy następuje niespodziewany wybuch, a Hällas po kilkunastu minutach progrockowych kalkulacji eksploduje spontaniczną energią. Każdy wcześniejszy dźwięk nagle wskakuje na swoje miejsce. Co ważne, budowanie atmosfery nie kończy się w tym momencie – całość ma czas, by wyhamować pięknymi baśniowymi orkiestracjami.

Podręcznik do pisania PIOSENEK

Panorama ma przenosić słuchacza do magicznej pierwszej połowy lat 70. nie tylko przez progresywne pasaże. Hällas nie tylko nie zapomnieli, jak pisać dobre piosenki, ale stworzyli hit, który najpewniej zostanie z nimi do końca. W Face of an Angel inspiracja A Horse with No Name America jest bardzo oczywista, ale jeśli rezultaty takich „kopii” w ich wykonaniu mają prezentować się w ten sposób… dla mnie mogą nie robić niczego innego. Aha, koniecznie zobaczcie teledysk, bo to kolejne puszczenie oka w kierunku przeszłości, ale z własnym charakterem.

A dalej? The Emissary – kolejny hit, ale już w bardziej hardrockowej, ostrzejszej wersji. – Co za refren, co za riff, ah… – wyobrażam sobie słowa wypowiedziane przez prowadzącego audycję w Programie Trzecim Polskiego Radia. – A następny będzie Rush – kontynuuje i włącza nowy utwór Kanadyjczyków, który przepada przy The Emissary, bo mamy drugą połowę lat 80. W tej alternatywnej rzeczywistości to Hällas dyktuje warunki.

Bestiaus natomiast zdecydowanie uspokaja i wyważa energetyczny obraz Panoramy. Balladowy jest również początek wieńczącego całość At the Summit, ale nie przeszkadza to, by za chwilę przywalić purple’owo-bajkowym riffem. Wokale, może trochę ekscentryczne i przesadzone (co… nie jest wadą!), pływają raz w poprzek, raz wzdłuż melodii, ale pasują. Końcówka pokazuje, że na Panoramie wszystko zostało przemyślane i ułożone tak, by tworzyło jednolitą całość.

Schody do… piekła?

Hällas za sprawą Panoramy wskoczył do światowej czołówki grup rekonstrukcyjnych. Tylko… w zasadzie czy Panorama rzeczywiście kogoś konkretnego rekonstruuje? To płyta naszpikowana różnego rodzaju odniesieniami, ale za to świadoma, nagrana przez ludzi żyjących tu i teraz. Nieidealna, bo przecież Yes też miewał ciężkostrawne materiały, ale prawdziwa w tym, czym ma być. A ma być bajką, przy której zamkniesz oczy słuchaczu i poczujesz błogość.