Megalomiczny crust. DESPIZER – KREW
- 14 stycznia, 2026
- Kacper Chojnowski
Despizer to zespół, który dotychczas nie rzucił mi się w uszy. Jest to co najmniej dziwne, bo muzyka łącząca punk z metalem w różnych odmianach, zawsze do mnie trafiała. Jak się okazało, Krew, czyli trzeci album łódzkiego zespołu, potrafi wzbudzić sporo emocji, choć… niekoniecznie takich, jak bym sobie życzył.
Uwielbiam zespoły, które mieszają ze sobą wpływy crusta i black metalu. Dödsrit czy Martyrdöd (kto z was też wyczekuje ich na tegorocznym Mysticu?) grają muzykę, przy której jest mi bardzo przyjemnie. Ich studyjne nagrania nie są jednak oszałamiające – prawidłowy efekt mogą wywołać dopiero w warunkach koncertowych. Wtedy punkowy żywioł odpala się na pełnej, a człowieka pod sceną rozsadza od środka.
Despizer, choć obraca się w podobnych klimatach, kroczy zdecydowanie własną ścieżką. Łodzianie na debiutanckim Joyride of Despair rozpoczynali od metalizującego d-beatu, który można zlokalizować gdzieś koło wczesnych nagrań Wolfpack/Wolfbrigade. Z kolei na drugim albumie Pogarda włączyli więcej melodyjnych elementów, co wywołało efekt w jakimś stopniu zbliżony do Owls Woods Graves. Krew jest już albumem znacznie trudniejszym do jednoznacznego określenia i z pewnością oryginalnym.
To jednak w tej oryginalności tkwią jego największe problemy. Bardzo cenię muzyczne poszukiwania i odkrywanie własnej drogi, ale mimo to, Krew jest niestety najsłabszym albumem Despizer. Jest tu wiele elementów, których nie potrafię zrozumieć i przez nie słuchanie płyty jest męczące. Poprzednie materiały, choć bardziej odtwórcze, wykonywały swoje zadanie bardzo dobrze.
Największe zdziwienie przy słuchaniu Krwi wywołuje jego brzmienie – zupełnie pozbawione głębi i suche. Z jakiegoś powodu w miksie bardzo do przodu wysunięto wokale i bębny, przez co riffy – swoją drogą często bardzo udane – schodzą na dalszy plan. Myślę, że jest to zabieg celowy, w końcu d-beat musi na czymś jechać, ale zupełnie to do mnie nie trafia. Utwory takie jak Ślepiec czy Krzyk udręczonych tracą przez to sporo bujającego potencjału.
Zobacz też: Metamorfoza Ekstremalna. WIJ – BLUZG
Krew to płyta, w której najistotniejsze są wokale. Zajmują sporo miejsca, a linie melodyczne, na których są położone, dodają utworom przebojowego charakteru. Niestety (tak, ponownie „niestety”) przez to, że momentami nie sposób zrozumieć, co śpiewa wokalista, brzmią karykaturalnie. Weźmy wspomnianego wyżej Ślepca – dopiero po zapoznaniu się z tekstami możemy zauważyć, że mamy tam jakieś słowa. Choć ciekawym zabiegiem było nagranie ich z przesterem (lub nałożenie przesterowanego efektu), to jednak użyty chwyt zamiast wzbogacać całość, uwypukla problemy z dykcją. A gdy przychodzi końcówka Zaciśniętych pięści, wszystko, co złe, kumuluje się w jednym miejscu.
Oczywiście nie jest tak, że trzecia płyta Despizer nie nadaje się do słuchania. Dobre momenty można znaleźć zarówno w tych spokojnych fragmentach (Strużka krwi), jak i szybszych (rozpędzona część Krzyku udręczonych). Ale, do jasnej Anieli, kto wpadł na pomysł, żeby wydawać na płycie ponad 11-minutową Megalomanię? Wyłapuję żart z tytułem, że megalomanią jest nagrywanie tak długiego utworu crustowego. Jednak mógłby on zadziałać tylko wtedy, gdyby utwór, albo choćby jako fragment, jakkolwiek pozostawał w pamięci. Bez tego – dowcip nie działa.
Mimo wszystko jestem bardzo ciekawy dwóch rzeczy. Po pierwsze, jak w warunkach koncertowych wypadnie ten materiał, w połączeniu ze starszymi utworami. Może on wywołać potężne zamieszanie pod sceną, bo energii jest tutaj ogrom. Po drugie bardzo chętnie zobaczę, w jakim kierunku pójdą kolejne nagrania Despizer. Bo pomysły na coś własnego na Krwi są ciekawe, a dopiero ich realizacja okazała się nieudana. Myślę, że kolejny album wyciągnie z tego wnioski i przyniesie nam porcję świetnej crustowej klepy.
