Niechęć do idoli. Mick Wall – Black Sabbath. U piekielnych bram
- 3 stycznia, 2026
- Kacper Chojnowski
Black Sabbath to zespół, bez którego metal wyglądałby zupełnie inaczej, a może nawet w ogóle by nie istniał. W takim razie – czy bez twórców N.I.B., Iron Mana i Paranoid, bylibyśmy my? Mick Wall w książce U piekielnych bram nie zamierza zadawać takich pytań. Wydawnictwo InRock, po kilku latach od pierwszego, dostępnego już wyłącznie na rynku wtórnym wydania, wznowiło książkę w odnowionej szacie graficznej.
Dotychczas miałem okazję przeczytać tylko jedną książkę Micka Walla. Była to Ostatni giganci z rockowej dżungli poświęcona Guns N’ Roses. Wspaniała pozycja, która… wybitnie obrzydziła mi ten zespół. Wall, z racji, że obracał się w kręgach GNR, świetnie przybliżył to, jakimi odrażającymi ludźmi byli członkowie tej grupy. Byłem pod silnym wrażeniem, jak dobrze potrafi, trzymając się faktów, przedstawić tę historię tak, bym niezbyt chciał sięgać po Appetite For Destruction. W tamtym momencie sądziłem, że Wall może uchodzić za czołówkę autorów książek muzycznych, bo potrafi jak nikt inny pokazać rzeczywistość. Czy przy historii Black Sabbath zrobił to samo?
Za blisko zespołu?
Duży nacisk przy promocji U piekielnych bram zwraca się na fakt, że Mick był w pewnym okresie PR-owcem Black Sabbath. To potencjalna największa zaleta albo największa wada książki. Z jednej strony gość był bardzo blisko zespołu i na pewno wie rzeczy, o których nie wiedzą inni. Z drugiej strony, zajmował się wybielaniem wizerunku kapeli, bo to element, który stanowi część pracy każdego PR-owca. Na kartach książki mógł więc kontynuować swoją wcześniejszą pracę, podświadomie nie wychodząc z roli. Także jak poradził sobie z przedstawieniem losów jednego najważniejszych zespołów w historii muzyki?
Przeczytaj też: Czy powinien być kultowy? O koncercie Venom na Summer Dying Loud
Już na początku bardzo mocno rzuca się w oczy fakt, że Wall przedstawia członków pierwszego składu Black Sabbath jakby… ich nienawidził. Co podkreśla pierwsze zdanie pierwszego rozdziału: „Byli śmieciami – i wiedzieli o tym”. Sylwetki całej czwórki przybliża, jakby nimi pogardzał. Czy to tylko rola, którą przybrał na potrzeby wprowadzenia ciekawej narracji? A może rzeczywiste poczucie wyższości dziennikarza z wyższych sfer nad zwykłymi dzieciakami z Birmingham?
Nie wiem, ale ten początek, jak i późniejsza część książki (choć już bardziej stonowana) jasno pokazuje styl autora. On nie zamierza postrzegać bohaterów, o których pisze, jako swoich idoli. Podkreśla za to, że ludzie składają się w dużej mierze z wad. I to mnie, jako sabbathowego fana, trochę uwiera, ale jak najbardziej to rozumiem. Wall ewidentnie za swój cel przyjmuje zdejmowanie metaforycznej kurtyny, która sprawia, że na ulubionych muzyków patrzymy jak na perfekcyjne obiekty. Choć idea jest jak najbardziej słuszna, to wydaje mi się, że czasem posuwa się odrobinę za daleko.
Bez miłości i nostalgii
Co ciekawe i raczej nieczęsto spotykane w książkach muzycznych wielkich artystów – okres klasycznych płyt nie zajmuje wiele miejsca. Pierwszy skład Black Sabbath rozpada się w okolicach 170 strony, szybko, zważywszy, że U piekielnych bram ma ich ponad 400. I to duża zaleta, ponieważ zamiast skupiać się pochwałach poświęconym znanym przez wszystkich na pamięć albumom, mocno pochyla się nad czasami, kiedy zespół nie był w primie swojej kariery.
Wall jest też reprezentantem tej szkoły dziennikarstwa, w której nie tylko stara się opisać rzeczywistość, ale dodać jej silnej opinii. Jest bardzo wyrazisty i świadomy w tym, jak używać poszczególnych słów. Dobiera je w ten sposób, by konkretny wątek wywarł na czytelniku określone wrażenie. Trzeba umieć to zauważyć i czytać tę książkę ze świadomością – U piekielnych bram nie jest wyłącznie obiektywnym przedstawieniem wydarzeń. W zdecydowanej większości wątków nie jest to problemem, ale czasem brakuje pokazania różnych perspektyw. Wymyślenie diabelskich rogów robionych z dłoni niekoniecznie musi należeć do Dio, a do Geezera Butlera. W książce poznajemy tylko jedną wersję wydarzeń.
Niektóre opinie są tak mocne, że aż robi mi się przykro. Chyba najbardziej obrywają albumy nagrywane z wokalistą Tonym Martinem. Rozumiem, że można nie uznawać ich za prawdziwe płyty Black Sabbath, ale czy naprawę powszechnie są one aż tak złe, jak pisze Wall? Okres lat 80. i 90. przedstawia jako zbiór absurdów. Na pewno ma tutaj bardzo dużo racji, ale na tym etapie jesteśmy już zmęczeni niechęcią autora do zespołu. Bo nawet przy okazji klasycznych płyt, jego zdanie również nie było zbyt pochlebne.
Autora za dużo, Black Sabbath za mało
Może być tak, że moje umiłowanie do muzyki (nie mylić z muzykami) Black Sabbath sprawia, że nie czytało mi się tej książki przyjemnie. Obiektywnie Mick Wall wykonał w U piekielnych bram kawał dobrej dziennikarskiej roboty. Oryginalne wypowiedzi pojawiają się licznie (choć nie w przesadnej ilości) i dobrze uzupełniają narrację. Wiele z nich pochodzi z jego osobistych zbiorów, co wyraźnie podkreśla. I nie byłoby w tym niczego złego, gdyby jego osoba nie przyćmiewała głównych bohaterów. A tak niestety jest.
Właściwa część książki kończy się w okolicach 2012/2013 roku, czyli przy premierze ostatniego albumu Black Sabbath – 13. Na zakończenie, w wydaniu z 2025 roku, otrzymujemy dwa dodatki polskich autorów, dopisujące losy grupy do samego końca, czyli pożegnalnego koncertu w Birmingham. A także, niestety, śmierci Ozzy’ego Osbourne’a. Historia jest więc tym samym kompletna.
Jeśli ktoś poszukuje pozycji, która samodzielnie przedstawiłaby losy Black Sabbath, U piekielnych bram będzie dobrym początkiem. Trzeba mieć jednak przy niej świadomość, że historyczna rzeczywistość momentami była bardziej złożona, niż przedstawia to Wall. Przy takiej sytuacji, gdy nie wierzymy mu bezgranicznie w każde słowo, książka powinna odpowiadać wszystkim: od początkujących, po fanów.
