Elementarz riffów. Tony Iommi – Iron Man. Moja podróż przez Niebo i Piekło z Black Sabbath

Od naszych ukochanych muzyków powinniśmy oczekiwać przede wszystkim nagrywania dobrych utworów. Wiele możemy stracić, gdy uczynimy naszych idoli domniemanymi ekspertami w innych dziedzinach. Jedną z nich mogłaby być umiejętność barwnego opisywania swojego życia. I choć Tony Iommi w swojej autobiografii Iron Man. Moja podróż przez Niebo i Piekło z Black Sabbath pokazuje, że nie jest to jego mocna strona, tak książka broni się przyzwoicie.

Pierwsza rzecz po zajrzeniu w spis treści – książka ma 327 stron, a w nich mieści się… 90 rozdziałów. Każdy z nich ma po od około 2 do 6 stron. To dość niecodzienny zabieg redaktorski w tego typu pozycjach. Z tej racji podchodziłem do Mojej podróży… mocno sceptycznie, bo spodziewałem się przeskakiwania od wątku do wątku i raczej braku umiejętności w prowadzeniu głębszej narracji. Okazało się, że jednak nie było aż tak źle. Po jakimś czasie spędzonym nad autobiografią Iommi’ego da się przyzwyczaić do nieustannego kończenia się rozdziałów. Można zupełnie nie zwracać na to uwagi i wyłącznie skupić się na tym, co gitarzysta ma do opowiedzenia.

Ukryty potencjał

Życie gitarzysty Black Sabbath obfitowało w interesujące wydarzenia. Na tyle, że jego przeciętna zdolność budowania historii czasem ukrywa się pod samą treścią. Weźmy na przykład początek, w którym Tony Iommi opisuje swoje dzieciństwo. To bardzo ciekawe, jak w jego rodzinie po prostu nie rozmawiało się o pewnych sprawach. Rodzice oznajmili raz młodemu Tony’emu, że od dziś w jego pokoju zamieszka współlokator, którego ma traktować jak brata. Żadnych wyjaśnień, pytań i dociekań. Absolutnie niesamowite.

To ma miejsce jednak tylko w przypadkach, gdy historie rzeczywiście są interesujące. Kiedy docieramy do lat 80., gdy w zespole występowały ciągłe rotacje w składzie, a wszystko zdaje się przypominać nieudaną telenowelę, Iommi okłada czytelników nazwiskami jak przesadnie aktywny bokser wagi lekkiej. Jego słowa zupełnie nie mają mocy, a większości informacji nie pamięta się już po chwili. 

Przy całej książce ma się wrażenie, jakby zabrakło przy nim kogoś, kto pomoże mu dobrać najbardziej interesujące fakty, a całość podać w przyjemnej dla odbiorcy formie. Tak przy swoich książkach zrobił Ozzy, a rezultaty okazały się świetne. W tej konkretnej sytuacji wszystkie szczegóły zmian muzyków można łatwo sprawdzić w internecie, a podanie ich tutaj nic nie wnosi do opowieści.

Piekło bez pikanterii

Iron Man. Moja podróż przez Niebo i Piekło z Black Sabbath nie jedzie przez cały czas chronologicznie, „od faktu do faktu”. Weźmy choćby fragment, w którym Tony Iommi skupia się na satanistach, chcących wziąć zespół pod swoje skrzydła. Tłumaczy tutaj powód powstania krzyży, które zawisły na szyjach muzyków, a chwilę później przeskakuje o kilka lat do przodu, by zachować ciągłość wątku. Ktoś tu chyba jednak pomagał, ale nie zawsze… 

W każdym razie całość czyta się przyjemnie – mimo że przeczytanie książki zazwyczaj zajmuje mi dużo czasu, tę pochłonąłem w niecałe dwa dni. Choć w głównej mierze stało się tak ze względu na temat, który jest mi bliski (nie ma możliwości, by dla metalucha riffy Iomm’iego nie były bliskie serduszka), a nie przez samą książkę. To dość typowa autobiografia „gwiazdy rocka”, skupiająca się na pikantnych anegdotach i w nieznacznym stopniu na życiu prywatnym. Szkoda tylko, że przez wszystko Iommi przelatuje za szybko i bezrefleksyjnie.

No dobrze, a co jeśli się nie jest tym metaluchem i zwyczajnie lubi się czytać książki muzyczne lub autobiografie? Jeśli jesteście jedną z takich osób, to lepiej sięgnijcie po inne pozycje…