Wielkie pożegnanie. Ozzy Osbourne – Ostatnie namaszczenie

Kiedy wydawało się, że koncert Back to the Beginning był ostatecznym i najpiękniejszym pożegnaniem Ozzy’ego, okazało się, że może być jeszcze cudowniej. Książę Ciemności przed śmiercią napisał swoją drugą autobiografię. Ostatnie namaszczenie sama z siebie jest książką wyjątkową. Spojrzenie na nią w kategoriach obiektywnych jest niezwykle trudne. Trzeba jednak przynajmniej spróbować.

Ta recenzja będzie dość porównawcza. Wcześniejsza książka naszego mistrza – Ja, Ozzy – to jedna z najlepszych muzycznych autobiografii w historii. Czytanie jej to podróż przez pełne spektrum emocji. W jednym akapicie można najpierw parsknąć ze śmiechu, popłakać się, a potem porządnie zezłościć. I tak przez całą książkę. Jedziesz przez życie Ozzy’ego cały czas na pełnych obrotach, na totalnym zaangażowaniu i bez możliwości odłożenia książki na dłużej. Ponad to ma się wrażenie, jakby było się na miejscu tych wszystkich wydarzeń i czuło się to, co ich bohaterowie. Techniczny majstersztyk, idealne polskojęzyczne tłumaczenie – nie da się lepiej zrobić autobiografii.

Między „kiedyś” a „teraz”

Ostatnie namaszczenie zaczyna się trochę później niż tam, gdzie kończy się Ja, Ozzy. Ważna informacja na początek – polecam przeczytać te książki po kolei, tak, jak się ukazywały. Ja, Ozzy jest opowieścią linearną – „od narodzin” do ukończenia książki. Ostatnie namaszczenie to pozycja bardziej swobodna w swoim układzie, i aby nie pogubić się na osi czasu i odczuwać przyjemność z czytania, warto wpierw znać fakty opisywane w „części pierwszej”.

Mimo pełnienia funkcji kontynuacji „część druga” jest w dużej mierze retrospektywna i refleksyjna. Ozzy opowiada w niej o wydarzeniach bieżących, ale w pewnych momentach przypomina sobie coś z przeszłości i płynie we wspomnieniach. Czasem powtarza te same historie co w „pierwszej części”, (co jest raczej minusem) czasem wykopuje coś zupełnie nowego. Ostatnie namaszczenie napisane zostało we współpracy z Chrisem Ayresem, podobnie jak Ja, Ozzy. Widać jednak, że tym razem osobie składającej materiał w jedność, przyświecały inne cele. I to generalnie dobrze, bo przez to nie dostajemy ponownie tego samego. 

Niestety, nie da się w swoim życiu stworzyć dwóch wybitnych autobiografii. Ostatniemu namaszczeniu brakuje ciepła. Tego, co sprawiło, że przez pierwszą książkę płynęliśmy razem z historiami, a ich bohaterowie byli blisko nas. Tutaj tej magii nie ma. Powodów takiego stanu rzeczy jest na pewno kilka (o najważniejszym piszę poniżej), ale wydaje mi się, że można było lepiej dopracować kwestie techniczne. Nie wiem, czy chodzi o oryginalny tekst, czy polskojęzyczne tłumaczenie, ale styl nie chwyta za serce. W „jedynce” często w konstrukcjach zdań, na końcu, pojawiały się zwroty sprawiające wrażenie, jakby to dziadek Ozzy opowiadał wnukom swoje wspomnienia przy kominku. Kiedy mówił na przykład o Tonym Iommim, myśl kończyła się czymś w stylu „I taki właśnie był, ten Tony”. W Ostatnim namaszczeniu udało mi się zarejestrować chyba tylko jeden taki fragment. Wielka szkoda, bo wtedy aż mi się ciepło na serduszku zrobiło.

Czy cierpienie może być piękne?

Jednakże głównym powodem braku ciepła jest najprawdopodobniej to, że Ozzy opowiada o rzeczach okropnych. Większość książki zajmują relacje z wizyt lekarskich, w których czuć gigantyczne cierpienie. I – jak bardzo źle by to nie brzmiało – jest ono oddane fantastycznie. To naprawdę relacja z ostatniego namaszczenia. Ten człowiek naprawdę umierał, tworząc tę książkę. I czytając te słowa, nie da się nie odczuć dyskomfortu. To nie jest książka, którą da się przerobić od deski do deski w jeden wieczór, mimo że nie jest zbyt długa.

Są w niej jednak rzeczy piękne. Pierwszą jest pokazanie odczuć Ozzy’ego wobec relacji z żoną, Sharon. Gdzieś z boku, kiedy przyglądaliśmy się ich wspólnemu byciu, można było wyciągnąć jakieś wnioski. Że to bezwzględna menedżerka, trzymająca krótko szalonego chłopa. Tutaj dostajemy pokaz tego, jak bardzo ją kochał. Ale jeśli byłoby to zbyt mało łamiące serca, to już nie da się nie złamać czytając o zawziętości Ozzy’ego, by wrócić na scenę. Facet, już po siedemdziesiątce, nawet w stanie bliskim wegetacji, walczył z nieprawdopodobną siłą, by wydać z siebie ten ostatni odgłos do mikrofonu. Czy się udało? Tak, widzieliśmy to na pożegnalnym koncercie w Birmingham.

Będziemy tęsknić, Ozzy

Ostatnie namaszczenie, choć na dystansie nie jest idealna, to nie da się jej przerwać. A kiedy docieramy do końcówki, nic nie ma znaczenia. Emocje już puszczają do końca. Dostajemy opis dnia historycznego koncertu, po którym nic nie będzie już takie samo. Chyba nikt z nas nie zaakceptował  jeszcze faktu, że to naprawdę koniec. Że zakończył tę książkę, a kilka dni później było już po wszystkim. Co jednak najważniejsze, było już po cierpieniu. I niech ta myśl pomoże nam się z tym pogodzić.